3:3 w Rzymie? Legioniści, spytajcie Żurawskiego, jak to osiągnąć

Zbliżający się wielkimi krokami mecz Legii z Lazio, to dobra okazja do przypomnienia pucharowej potyczki sprzed ponad dekady, w której rzymianie również mierzyli się z Polakami. Tyle że tymi spod znaku „Białej Gwiazdy”.

Z góry zaznaczam, że jeśli nie macie ochoty na ckliwy wstęp, od razu przenieście się przynajmniej ze trzy akapity niżej.

A oto i wstęp… Pewnie nie odkrywam Ameryki stwierdzeniem, że kiedy ma się dziesięć lat, albo odrobinę więcej, futbol jest najpiękniejszy. Czystych emocji nie zakłócają brudne pozakulisowe rozgrywki, o których jako dziecko po prostu się nie słyszy. Dwudziestu dwóch facetów, dwie bramki i jedna piłka – nic innego się nie liczy. Wspomnienia z tamtego okresu zostają w głowie na długo, z czasem przekształcając się w legendy.

Trudne losowanie
Jednym z takich wspomnień, które pewnie nigdy mnie nie opuści, są europejskie wojaże Wisły Kraków prowadzonej przez Henryka Kasperczaka. Daniel Dubicki już zawsze będzie mi się kojarzył z golem strzelonym w dogrywce dramatycznego dwumeczu z Parmą, a kasetę VHS z nagranym rewanżem w Gelsenkirchen odtwarzałem pewnie więcej niż sto razy.

Spotkanie, w którym krakowianie strzelili Schalke cztery gole, znam na pamięć. Spędziłem przy nim całą zimę 2002/2003 w oczekiwaniu na pojedynek Wisły z Lazio w IV rundzie Pucharu UEFA. Uwaga, koniec wstępu.

Kiedy podczas losowania okazało się, że w kolejnej fazie podopieczni trenera Kasperczaka zmierzą się z biancocelesti, optymistów było tylu, ile włosów na głowie Mariusza Jopa. Rzymianie byli najwyżej rozstawionym rywalem, na którego trafić mogła „Biała Gwiazda” (kursy bukmacherskie przed pierwszym spotkaniem mówiły same za siebie: Lazio – 1.30, remis – 4.10, Wisła – 7.00). Z górki miało być dopiero po ewentualnym awansie do ćwierćfinału, gdzie czekaliby piłkarze Besiktasu Stambuł albo Slavii Praga.

– Na początku tegorocznych rozgrywek o Puchar UEFA na zdobywcę pucharu typowałem właśnie Lazio albo Liverpool. Teraz jednak zrobimy wszystko, żeby rzymianie odpadli. Koledzy pokazali w starciu z Parmą, że umiemy już wygrywać z Włochami – komentował losowanie Tomasz Frankowski.

Papież pomoże?
Wreszcie przyszedł luty. Pogoda dobra na sanki, ale nie do rozgrywania meczu piłkarskiego. W Krakowie mieli jednak jeszcze kilka dni, żeby zastanowić się, jak przygotować boisko do stanu używalności. Pierwszy mecz odbyć się miał na Stadio Olimpico.

biletRzym

Wiślacy przyjechali do Rzymu z południa Francji, gdzie spędzili okres przygotowawczy. Z Krakowa przybyły natomiast setki kibiców. Duża część z nich odwiedziła przed meczem Watykan, gdzie uczestniczyła w audiencji generalnej. – Do tej pory wiedziałem, że Wisła płynie z Krakowa do Gdańska. Teraz wiem już na pewno, że Wisła płynie z Krakowa do Rzymu. Życzę powodzenia w jutrzejszym meczu – zażartował Jan Paweł II.

Jednak, patrząc na to z kim mierzyć musieli się piłkarze „Białej Gwiazdy”, nawet wstawiennictwo Ojca Świętego mogło okazać się niewystarczające. Lazio z 2003 roku było bez dwóch zdań jeszcze silniejsze niż obecnie. Trenerem rzymian był wówczas ten oto dżentelmen:

mancini

Poznajecie? Wiadomo. O sile zespołu Roberta Manciniego stanowili zawodnicy, których nawet po latach nikomu nie trzeba przedstawiać: starzy znajomi z 1998 roku, kiedy to Wisła po raz pierwszy mierzyła się z Parmą, czyli: Diego Simeone, Dino Baggio, Stefano Fiore i Enrico Chiesa, do tego bałkański duet: Sinisa Mihajlović – Dejan Stanković, czy tacy gracze jak Fernando Couto, Massimo Oddo i Jaap Stam. Rosły Holender stwierdził zresztą przed meczem, że wypadałoby zagrać tak, jakby stawką spotkania było scudetto. Próbując zdementować tym samym pogłoski o tym, że Lazio traktuje Puchar UEFA po macoszemu.

Niepokonani w Rzymie
Sędzią pierwszego meczu był Konrad Plautz z Austrii. Wisła zaczęła spokojnie, bez kompleksów. Rzymianie wyczekiwali na błąd gości. Nie takiego przebiegu spotkania spodziewali się kibice obu drużyn. Jednak w końcu to Lazio zdobyło pierwszego gola. Angelo Huguesa pokonał Nikola Lazetić – trzeci z Jugosłowian w kadrze biancocelesti. Nieco ponad kwadrans później wyrównał Kalu Uche. – Ten gol to mój prezent dla prezesa Cupiała. Za wszystko – mówił już po meczu Nigeryjczyk.

kibiceWisly

Ale gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie jeszcze przed przerwą. Bramkę do szatni dla Lazio zdobył znany i lubiany specjalista od „swojaków”, Mariusz Jop.

Drugą połowę Wisła zaczęła jeszcze lepiej niż pierwszą. Tym razem na efekty dobrej gry nie trzeba było długo czekać. Już w 50. minucie sędzia wskazał na jedenasty metr po faulu Luki Marchegianiego na Marcinie Kuźbie. Do piłki podszedł Maciej Żurawski i, choć bramkarz Lazio wyczuł jego intencje, zdobył gola na 2:2. Minęło nieco ponad dziesięć minut i zrobiło się 3:2 dla Wisły. Znowu rzut karny, po raz kolejny „Żuraw”, jednak tym razem Marchegiani był już zupełnie bezradny. Niestety cennego prowadzenia nie udało się utrzymać do końca. W 71. minucie wyrównał Enrico Chiesa po podaniu, wprowadzonego na boisko chwilę wcześniej, Claudio Lopeza.

Wisła przeważała przez całą drugą połowę, ale nie potrafiła wykorzystać licznych okazji do zdobycia gola. – Nie przypominam sobie, żeby polski zespół stworzył sobie tyle sytuacji na boisku tak renomowanego przeciwnika – mówił po latach Mirosław Szymkowiak. Swoboda z jaką krakowianie poczynali sobie w Rzymie była niesamowita, zwłaszcza w drugiej połowie.

Choć przed pierwszym gwizdkiem sędziego, nikt w Krakowie nie marzył nawet o trzech golach strzelonych na Stadio Olimpico, to na pomeczowej konferencji prasowej Henryk Kasperczak nie ukrywał niedosytu. – Biorąc pod uwagę przebieg spotkania i liczbę stworzonych przez nas sytuacji bramkowych, to my ten mecz powinniśmy wygrać – oznajmił doświadczony szkoleniowiec. Jego młodszy kolega z Włoch nie szczędził krakowianom komplementów. – Sądzę, że Wisła to jeden z naszych trudniejszych rywali w tym sezonie. Drużyna z Polski podobała mi się szczególnie pod względem taktycznym – oznajmił Mancini. Po chwili dodając jednak: – Jak widzę kwestię awansu? Uważam ją za otwartą. My potrafimy grać na wyjazdach. Pojedziemy więc do Krakowa po zwycięstwo.

info1

Namioty nad murawą
Rewanż miał się odbyć tydzień później, 27 lutego. Miał się odbyć, ale do tego nie doszło. Powód? Wspomniana już zima. Boiska w Krakowie nie udało się dostatecznie przygotować. Przynajmniej zdaniem delegata UEFA, Norwega Trygve Bornoe i szkockiego sędziego Stuarta Dougala, który kilkakrotnie egzaminował nawierzchnię stadionu Wisły. Ostatecznie, na kilka godzin przed meczem, podjął decyzję o przełożeniu spotkania.

odsniezanie

Zdaniem UEFA gra na zmrożonej murawie zagrażała zdrowiu piłkarzy. – W Europie gra się w piłkę nie tylko w słonecznej Italii, ale od Islandii po Tel Awiw w najróżniejszych warunkach. UEFA zawsze podkreślała, że wszystkie drużyny mają równe szanse gry w pucharach, dzisiaj ta zasada została naruszona – nie krył rozczarowania tą decyzją Bogdan Basałaj. – Można było z powodzeniem grać na tej murawie – wtórował ówczesnemu prezesowi Wisły Henryk Kasperczak. Wściekli byli również kibice „Białej Gwiazdy”, przeczuwający, że tchórzliwi i przy tym chytrzy Włosi dość mocno wpływali na decyzję europejskiej centrali. Cieszyli się jedynie rzymianie.

UEFA wyznaczyła nowy termin meczu na 5 marca. W Krakowie mieli więc dodatkowy tydzień na przygotowanie stadionu do użytkowania. Działacze Lazio byli źli, że nie udało się przenieść meczu poza Kraków, a najlepiej w ogóle poza granice Polski. W grę wchodziła między innymi Bratysława. Włosi próbowali nawet interweniować w UEFA za pośrednictwem tamtejszej federacji piłkarskiej. Na marne. – Skoro każą nam wracać do Krakowa, to wrócimy i wygramy! – odgrażał się Mancini.

A jak poradzono sobie ze zmrożonym boiskiem? Otóż najpierw wspólnymi siłami płytę odśnieżyli kibice „Białej Gwiazdy”, a następnie rozstawiono specjalną konstrukcję namiotową pod którą ustawiono dmuchawy, których zadaniem było odmrożenie i osuszenie murawy.

namiot

Na wszelki wypadek przygotowywano również boisko w Płocku. W sumie Wisła wydała ponad 700 tysięcy złotych. Prawdę mówiąc, działacze z Krakowa mogli mieć jednak trochę pretensji do samych siebie. Kilka miesięcy przed dwumeczem z Lazio na stadionie przy ulicy Reymonta wymieniano murawę. Zastanawiano się wówczas, czy nie założyć instalacji podgrzewającej płytę. Ostatecznie wybrano wariant oszczędnościowy…

Koniec gierek, czas na grę
Sędzia Dougal dał zielone światło, a „Gazeta Krakowska” zatytułowała przedmeczowy tekst: „Koniec gierek, czas na grę”. Pod znakiem zapytania stał występ narzekającego na uraz mięśni brzucha Żurawskiego. Kłopoty ze zdrowiem miał również Marcin Kuźba. Ostatecznie obaj zawodnicy znaleźli się w wyjściowej jedenastce.

biletKrakow

Wcześniej boisko było zmrożone, teraz kwestią czasu było, aż zrobi się na nim błoto. Niektórzy twierdzili, że w takich warunkach łatwiej się bronić, ale jak się okazało, Wisła nie zamierzała ograniczać się do defensywy. Już w 4. minucie prowadzenie gospodarzom dał Kuźba.

Po kwadransie gry niebiosa ukarały Stuarta Dougala za przełożenie rewanżu (przynajmniej tak podśmiewali się co niektórzy kibice na trybunach). Szkot doznał kontuzji nogi, przez co zastąpić musiał go arbiter techniczny, Kenneth Clark. To wydarzenie okazało się kluczowe w perspektywie całego spotkania. Piłkarze Lazio mieli czas, żeby odetchnąć po szaleńczym początku krakowian. Pięć minut po wznowieniu gry, po błędzie Angelo Huguesa, wyrównał Fernando Couto.

Francuski bramkarz niepewnie zachował się również przy drugiej bramce dla Lazio. Tylko patrzył jak piłka wpada do siatki po strzale Enrico Chiesy. Kilkuosobowy fan club Lazio z Nysy, którego w mroźny marcowy wieczór nie mogło zabraknąć przy Reymonta, oszalał ze szczęścia.

Więcej goli w Krakowie nie padło. Wisła pożegnała się z Pucharem UEFA, a Lazio w ćwierćfinale trafiło na Besiktas, który pokonało w dwumeczu 3:1. Rzymianie ulegli dopiero w półfinale z Porto (0:0 i 1:4).

info2

W Krakowie czuć było niedosyt. Okazało się, że rywal, który uchodził za lepszego o kilka klas, jednak był w zasięgu ręki. Henryk Kasperczak w rozmowie z „Gazetą Krakowską” tak wspominał po latach tamtą emocjonującą przygodę w europejskich pucharach: – Bez względu na to, kto był naszym przeciwnikiem, staraliśmy się grać do przodu. Piłkarze widzieli, że to przynosi efekty, więc z każdym meczem coraz mocniej wierzyli w siebie i nie bali się nikogo.

* * *

Oby piłkarze Legii Warszawa zaprezentowali dziś wieczorem podobne podejście do sprawy. 3:3 w Rzymie nie byłoby złym wynikiem, ale nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby udało się ten rezultat poprawić…

PAWEŁ MARSZAŁKOWSKI