Echa meczu Liverpool FC – Chelsea FC

Skomplikowała się sytuacja piłkarzy Brendana Rodgersa, tak przeze mnie chwalonych za występy w tym sezonie…

Sprawa tytułu dla klubu z Anfield stanęła po niedzielnych meczach pod dużym znakiem zapytania. Swój mecz dość pewnie wygrał z Crystal Palace Manchester City, który dodatkowo ma do rozegrania spotkanie zaległe.

Wcześniej jednak, bo o 15:05 polskiego czasu, Liverpool zmierzył siły z Chelsea. Nic nie zapowiadało gładkiego zwycięstwa The Reds, ale nic również nie zapowiadało wielkich kłopotów tej drużyny, jeśli sugerował się kibic aktualną formą obu ekip, a także tym, że Jose Mourinho wystawił do gry zawodników przeważnie rezerwowych, do których śmiało można zaliczyć między innymi młodego czeskiego obrońcę Tomáša Kalasa, a nawet – właśnie – świetnie znających swój fach i niezwykle doświadczonych, Ashleya Cole’a czy Franka Lamparda…

Zgodnie z oczekiwaniami, mecz rozpoczął się od dynamicznych ataków podopiecznych Rodgersa. Chelsea, jak to Chelsea, postawiła przede wszystkim na konsekwentną obronę; pieczołowite krycie rywali, twardą grę w bliskim kontakcie.

Raz po raz w pierwszych kilkunastu minutach dochodziło do spięć pod bramką, zastępującego kontuzjowanego Petra Čecha, Marka Schwarzera. Australijczyk wychodził najczęściej z tych akcji obronną ręką, a do jego bramki nie potrafili skierować piłki Philippe Coutinho, w 11. minucie, i, dosłownie kilka minut później, obrońca Mamadou Sakho.

Najgorsze dla… gospodarzy miało dopiero nadejść, wraz z dobiegającą końca pierwszą częścią meczu. Na swojej połowie obrońcy LFC wymieniali krótkie podania, aż do momentu, w którym do akcji wkroczył napastnik gości Demba Ba.

Football - FA Premier League - Liverpool FC v Chelsea FC

Parę sekund wcześniej koszmarny błąd popełnił Steven Gerrard, któremu chyba zwyczajnie zabrakło wystarczającej koncentracji (w inny sposób nie potrafię błędu kapitana sobie wytłumaczyć) w tej sytuacji. Najpierw Gerrard nieudolnie próbował piłkę przyjmować, ta przeleciała mu pod stopą, żeby ułamek sekundy później się poślizgnąć… To już nie miało większego zresztą znaczenia, bo jak diabeł z pudełka wyskoczył zza reprezentanta Anglii naciskający go Senegalczyk, który samotnie pomknął na bramkę Simona Mignolet, dopełniając formalności płaskim strzałem. 0:1. I konsternacja na trybunach.

Po przerwie ataki gospodarzy były jeszcze bardziej wzmożone, co było więcej niż zrozumiałe. Dwoił się i troił, ewidentnie pragnący naprawić swój błąd Gerrard, ale najczęściej próby Anglika kończyły się na pewnym tego dnia chwycie futbolówki, która nadlatywała ze sporego dystansu, przez bramkarza przyjezdnych albo mijały bramkę.

Nie pograł sobie w niedzielę Luis Suárez, który skutecznie został wyłączony z gry przez skomasowaną defensywę The Blues. Urugwajczyk, w tym tygodniu wybrany graczem sezonu, nie mógł zupełnie rozwinąć skrzydeł, a przecież mistrzem ataku pozycyjnego niestety nie jest…

Starali się wszyscy, ale niewiele z tego wychodziło. Chelsea postawiła szczelny mur, którego nie dało się ani przebić, ani przeskoczyć.

Liverpool został dobity w 94 min. Rajd przeprowadził szybki jak błyskawica Willian, rozegrał piłkę w duecie z Fernando Torresem. Hiszpan do siatki nie chciał trafić, więc zwrócił bezpiecznie piłkę Brazylijczykowi, który prawie wszedł z nią do bramki, a wszystko to działo się na oczach bezradnych kibiców, Belga Mignoleta i pozostałych jego kolegów z drużyny… 0:2.

Na nic nie zdały się miażdżące statystyki, w których to każdym elemencie, oprócz oczywiście tego najważniejszego, czyli końcowego wyniku, przeważali gospodarze.
Dość powiedzieć, że posiadali oni piłkę na poziomie 73 procent, oddając przy tym blisko 30 strzałów, a także wykonując 14 rzutów rożnych…

Zatriumfował po raz kolejny geniusz portugalskiego menadżera, którego pracę i zmysł, BBC Sport określił mianem „Jose Mourinho’s tactical masterclass”. Nic dodać, nic ująć… Chociaż, moim zdaniem, zabijanie „otwartego futbolu” trwa w najlepsze.

liverpool-chelsea-3

3 maja Everton rozegra mecz na Goodison Park przeciwko Man City. Paradoksalnie więc, rywal zza miedzy może „pomóc” swoją boiskową postawą ekipie Brendana Rodgersa.

Chelsea w tej chwili traci dwa punkty do lidera, ale ma równą ilość rozegranych meczów. The Reds pozostały spotkania z Crystal Palace na Selhurst Park i u siebie z fatalnie spisującym się ostatnio Newcastle, którego fani coraz dobitniej, w transparentny sposób, domagają się odejścia Alana Pardew, nie chcąc już słuchać jego wymówek…

Paweł Król