Krajobraz po Litwie

Potoczyło się to wszystko chorym torem, że się myli rozrywkę z honorem…

Ten cytat z piosenki Kultu „Nie chcę grać w reprezentacji” jak ulał pasuje do piątkowego występu polskich piłkarzy. Mecz z Litwą powinien być traktowany jako spotkanie, w którym Robert Lewandowski z Arkadiuszem Milikiem będą mogli sobie poprawić bilans bramek w koszulce z orłem na piersi. Tymczasem (nie)oczekiwanie stał się to bój o honor i zachowanie, mocno poobijanej, twarzy polskiej piłki…

Autokar już czekał
Wyprawa samochodem z okolic Łodzi do Gdańska już nie przypomina ośmiogodzinnej katorgi krajową „jedynką”, lecz dzięki autostradzie A1 staje się znośną, dłuższą przejażdżką trwającą niespełna 4 godziny. Po dotarciu w godzinach przedpołudniowych do Wolnego Miasta i rozładowaniu maneli w kwaterze, można było wybrać się na spacer urokliwymi uliczkami starówki.

W drodze powrotnej ze starówki natknąłem się przed hotelem Hilton na autokar reprezentacji, który czekał na piłkarzy. Obok niego czekały dwa radiowozy „drogówki”. Policjanci z wyraźnym znużeniem oczekiwali na to, gdy autokar z najważniejszą drużyną piłkarską nad Wisłą, ruszy w drogę na PGE Arenę. Równie dobrze kadrowicze mogli dojść kilkaset metrów do Dworca Głównego i jechać na stadion tramwajem linii 2, 7, bądź 10. W ogóle odniosłem wrażenie, że Trójmiasto jest świetnie skomunikowane, podobnie jak… Praga.

Przed spotkaniem spiker wyczytywał nazwiska „Orłów Górskiego”, którzy w 1974 roku sięgnęli po brązowy medal na mundialu w Niemczech. Każdego z naszych bohaterów kibice przywitali gromkimi brawami. Każdego, oprócz Grzegorza Laty, którego wybuczano i wygwizdano… Polscy kibice to jednak pamiętliwy naród i długo nie darują królowi strzelców mundialu sprzed 40 lat rozmaitych niecnych sprawek, jakich dokonał będąc prezesem PZPN…

Zdjęcie-0088

Mecz błędów i wypaczeń
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem okazało się, że za mną usiądzie pijany debil, który dochodząc do swojego krzesełka, wyrżnął jak długi w rzędzie, zostawiając zawartość swojej zapiekanki na koszulce i krzesełku chłopca siedzącego obok mojej lubej. Na szczęście kumple z rzędu wyżej szybko go pozbierali, wyczyścili chłopcu strój, siedzisko i… uśpili kolegę. Przynajmniej przez 45 minut był spokój.

W tym czasie rozpoczął się mecz. Mecz, w którym Polacy nadal nie wyglądali jak drużyna narodowa, w której piłkarze wiedzą, co mają robić na boisku. Wystarczyło, że siedmiu Litwinów stanęło na 40. metrze od swojej bramki i biało-czerwoni przypominali pijane dzieci we mgle. Co ciekawe, Litwini nie musieli nawet biegać…

Analizę piątkowego starcia rozpocznijmy zatem od golkiperów.
Witany owacyjnie Artur Boruc nie miał właściwie okazji do interwencji, a przy straconej bramce niewiele mógł zrobić.
Z kolei Wojciech Szczęsny w końcówce postanowił zabawić się w Włodzimierza Smolarka i gdyby nie wydumany faul w narożniku boiska, jaki na nim odgwizdał arbiter, Nawałka mógł nadal pozostawać bez zwycięstwa w oficjalnym spotkaniu.

Na prawej stronie defensywy Łukasz Piszczek był klasą dla siebie, ochoczo włączając się do akcji ofensywnych i poprawnie grając w obronie. Denerwowały nieco chaotyczne dryblingi i niewymuszone straty. Ale miał swój udział przy wyrównującej bramce.
Na środku niczym profesor grał Kamil Glik. Na tle słabych Litwinów wyróżniał się stanowczością, pewnością siebie i skutecznością. Kapitan Torino próbował też pokonać głową bramkarza rywali, ale uderzył w środek bramki. Na dzień dzisiejszy to najlepszy polski środkowy obrońca. Co będzie jednak, gdy naprzeciw Glika staną (a staną…) piłkarze lepsi niż Lukas Spalvis?
Jego partner, Maciej Wilusz, to człowiek po przejściach, dramatycznych kontuzjach i rehabilitacjach zakończonych happy-endem. Z poziomu Bełchatowa do poziomu kadry jest jednak bardzo daleko. Niepewny, chaotyczny, w drugiej połowie wykonał wślizg, w którym nie trafił ani w piłkę, ani w nogi Litwina. Szkoda było brudzić spodenek… Współczuję kibicom Lecha, którego barwy od nowego sezonu będzie reprezentował Wilusz. Przypomnijmy: lechici zagrają w Lidze Europy.
Jako ostatni z kwartetu obrońców do raportu melduje się Grzegorz Wojtkowiak. Jakim cudem ten człowiek znajduje uznanie w oczach kolejnych selekcjonerów, pojąć nie mogę. Piłkarz TSV 1860 Monachium nie włącza się do akcji ofensywnych, gdy już ma piłkę przy nodze, wikła się w bezsensowne pojedynki, zagrywa ją pod nogi rywali. Nawałka musi sobie przypomnieć numer do Sebastiana Boenischa. Ten chociaż narobiłby trochę wiatru po lewej stronie boiska. I celnie dośrodkować potrafi.

Na prawej stronie pomocy wreszcie błysnął Kamil Grosicki, choć w pierwszej połowie przypominał jeźdźca bez głowy. Udanie współpracował z Piszczkiem, co pokazuje, że jest pełnowartościowym dublerem dla Jakuba Błaszczykowskiego. A może i alternatywą na lewą stronę pomocy?
Grzegorz Krychowiak nie wyróżnił się niczym poza uderzeniem z początku meczu. Potem człapał w środku pola, nie umiał rozerwać litewskiego rygla sensownym prostopadłym podaniem, przerzucić ciężaru gry na skrzydło. A tego dziś wymaga się od defensywnego pomocnika.
Mateusz Klich grał jeszcze słabiej. Irytowało zwłaszcza przetrzymywanie piłki przy nodze, gdy należało szybko uruchamiać skrzydłowego. Klich ani nie dryblował, ani nie strzelał, potem nawet przestał udawać, że interesuje się czymś innym niż wypadem na wakacje.
Maciej Rybus zaprezentował ładne buty i nic poza tym. To nie ten sam walczący, szarpiący i dryblujący Rybus, którego znamy z ligi rosyjskiej. Może myślami był przy transferze z Groznego do Dynama Moskwa?

Arkadiusz Milik pokazał Lewandowskiemu co powinien robić środkowy napastnik i z zimną krwią wpakował piłkę do siatki z piątego metra. Poza pierwszym nieudanym strzałem, starał się, cofał, walczył, wywierał presję. Jeden z najlepszych w polskim zespole.
Robert Lewandowski znów wymęczył gola z karnego (bramkarz wyczuł jego intencje). Poza tym spartolił dwie dogodne okazje, najpierw głową, a w doliczonym czasie gry nie trafił właściwie do pustej bramki. W tym spotkaniu mógł przełamać swoją reprezentacyjną niemoc. Z Gibraltarem, a tym bardziej Niemcami, tak łatwo już nie będzie.

Z rezerwowych do gustu przypadła mi gra Krzysztofa Mączyńskiego. W życiu nie sądziłem, że to napiszę, ale to życie właśnie płata przeróżne niespodzianki. Chociaż – umówmy się – w piątek, żeby być lepszym od Klicha i Krychowiaka naprawdę nie trzeba było wiele.

Nawałka wygrał i przymknął usta krytykom. Teraz pora na mundial, więc selekcjoner ma spokój. Jego kadra rodzi się w bólach. Oby jesienią urodziło się coś, co ma ręce i nogi, a przede wszystkim solidny kręgosłup i głowę na karku. Na razie widzimy tylko porozrzucane członki…

Zdjęcie-0119

Grzegorz Ziarkowski