„Mała matura” na czwórkę, czyli sprawdziliśmy kadrę Jacka Magiery

Na dwa miesiące przed mistrzostwami świata U-20: Polska – Japonia 4:1.

Będzie trochę mniej optymistycznie, bo we wtorek ekipa „Magica” dostała od Niemców lekcję w Bielsku-Białej, przegrywając 0:2. Niemniej sześć dni wcześniej nie wyglądaliśmy bardzo źle. Ale też nie bardzo dobrze, choć wynik na to wskazuje…

Magiera debiut w roli selekcjonera zaliczył w meczu z Włochami. Przez pół roku mierzyliśmy się tylko z europejskimi rywalami, wyłapując po tyłku od Szwajcarów, Portugalczyków i Holendrów. W pobitym polu zostawiliśmy jedynie… sąsiadów. Z Czechami było 3:0, z Ukrainą 2:1. Japonia była zatem pierwszym nieeuropejskim rywalem drużyny byłego trenera Legii.

Do trzech razy sztuka
Stadion Widzewa w niczym nie przypominał wypełnionego po brzegi obiektu z drugoligowych zmagań. Zamknięte były trybuny za bramkami, zaś kilka tysięcy kibiców skutecznie potrafiła przekrzyczeć nieliczna grupa japońskich studentów. Na Widzew zwieziono kilka autokarów z dzieciakami ze szkół, mogła zachęcać cena biletów – ulgowy kosztował tylko „piątaka”. A i tak frekwencja średnio dopisała.

Niemal od pierwszego gwizdka łódzkiego arbitra Zbigniewa Dobrynina było widać różnicę w wyszkoleniu obu drużyn. Japończycy zagrywali do siebie z dużym zaufaniem, piłka kleiła im się do nogi, mogła się podobać wymienność pozycji i płynność konstruowania akcji. W ataku największym zagrożeniem był wielki i silny jak tur czarnoskóry Solomon Sakuragawa. Po jego strzale piłka minimalnie minęła naszą bramkę w 20. minucie.

Polacy momentami wyglądali, jakby grali… na wyjeździe. Dali się zamykać na własnej połowie, prostymi środkami usiłowali wyprowadzić kontrę (typowa „laga” do przodu na wolne pole), w czym dość szybko połapali się rywale. Gdy zaczęliśmy wymieniać więcej niż dwa-trzy podania, przedostawaliśmy się w pole karne rywala. Pierwszą akcję zablokował nam… sędzia, stając na linii podania. W drugiej Tymoteusz Puchacz strzelił w bramkarza, zaś w trzeciej w końcu Serafin Szota dopadł do piłki po centrze z rzutu wolnego i wpakował ją do siatki.

Radość z prowadzenia nie trwała długo, bowiem tylko siedem minut. Po jednym z rzutów rożnych naszych piłkarzy zamurowało na tyle, że pozwolili zgrać piłkę głową o pół metra niższemu Japończykowi, zaś Koki Saito złożył się do przewrotki i w ten sposób wyrównał. O dziwo, do przerwy mogliśmy prowadzić, ale Szota wykorzystał już limit celnych strzałów w meczu i spudłował w dobrej okazji.

W naszej drużynie mogli się podobać: pewny w obronie Puchacz (GKS Katowice), myślący w środku pola i dość kreatywny Mateusz Bogusz (Leeds United) oraz wysoki i sprytnie korzystający z dobrych warunków fizycznych Dominik Steczyk (1. FC Nürnberg).


Strzelanina po przerwie
Ciekawe, jak zareagowałaby polska drużyna, gdyby kilkanaście sekund po przerwie uderzenie rywala poszybowało kilka centymetrów niżej i nie zatrzymało się na poprzeczce. Japończycy, mimo sześciu zmian w przerwie i dwóch w pierwszej połowie, dalej grali swoje – pewnie, na jeden kontakt, z dokładnymi przerzutami piłki, praktycznie bez niewymuszonych błędów. Mieliśmy szczęście, bo najpierw z ostrego kąta japoński napastnik trafił w boczną siatkę, a po fatalnym piąstkowaniu Miłosza Mleczki przyjezdni nie trafili do bramki w banalnej sytuacji.

My też próbowaliśmy. Ciężar gry wziął na siebie rezerwowy Jakub Bednarczyk z FC St. Pauli. Tuż po wejściu na boisko ładnie wpadł w pole karne, ale za bardzo wygonił się do końcowej linii i jedyne co mógł zrobić, to uderzyć w skracającego kąt bramkarza. W 65. minucie doprowadziliśmy do remisu…. w poprzeczkach. 180 sekund później Tomasz Makowski uderzył sprzed pola karnego i dał nam upragnione prowadzenie.

Po stracie drugiej bramki z Japończyków zeszło powietrze. Zaś u nas pierwsze skrzypce grał Bednarczyk, któremu w środku pola zaczął dotrzymywać kroku Bartosz Slisz z lubińskiego Zagłębia. Inteligentnie z przodu poczynał sobie Steczyk. W 72. minucie Bednarczyk fantastycznie przymierzył z rzutu wolnego i było 3:1. Wynik ustalił 10 minut później inny rezerwowy, Adrian Łyszczarz. Pomocnik GKS Katowice pięknym strzałem z dystansu idealnie wykończył ofensywne wejście lewą stroną Szoty. Mogło być nawet 5:1, ale ten ofensywny pomocnik uderzył tuż obok bramki.

Po meczu rozegrano konkurs rzutów karnych. Tutaj też byliśmy lepsi, wygrywając 5:4. Dobry pomysł, bo być może dojdziemy do fazy pucharowej, gdzie „jedenastki” mogą się przytrafić.

Plusy dodatnie, plusy ujemne
Po meczu odniosłem wrażenie, że… wygraliśmy za wysoko. Bo niemal każdy celny strzał Polaków na bramkę zakończył się golem. Cieszy taka skuteczność „biało-czerwonych”. Martwi z pewnością gra w defensywie (duża swoboda Japończyków w przedostawaniu się pod polską bramkę i znikomy pressing naszych piłkarzy) i ataku pozycyjnym. Bo z piłką przy nodze niewiele potrafiliśmy zrobić.

Magiera ustawił drużynę na grę z kontry, jakby świadom możliwości, tudzież ograniczeń, swoich piłkarzy. I w tym byliśmy co najmniej przyzwoici. Podobały się ofensywne wejścia Puchacza, boiskowa mądrość Steczyka, świeżość Bednarczyka. Podczas mistrzostw świata takie pojedyncze pozytywy na Tahiti mogą wystarczyć, na Kolumbię i Senegal już niekoniecznie…

No i zasadnicze pytanie: czy Magierze w tak krótkim odstępie czasu udało się zbudować drużynę? Raczej nie. Tę mieli Japończycy, choć wysoko przegrali. Przez godzinę było widać u nich większą kulturę gry, pomysłowość, wymienność pozycji, taktykę. U nas tego nie zauważyłem, choć zająłem miejsce naprawdę blisko murawy…

21 marca 2019, stadion Widzewa w Łodzi

Mecz towarzyski

Polska (U-20) – Japonia (U-20) 4:1 (1:1)
Gole: Szota 28., Makowski 68., Bednarczyk 72., Łyszczarz 82. – Saito 35.

Polska: Miłosz Mleczko – Serafin Szota, Sebastian Walukiewicz, Jan Sobociński, Adrian Stanilewicz – Tymoteusz Puchacz (84. Kacper Kostorz), Tomasz Makowski (71. Adrian Benedyczak), Bartosz Slisz, Mateusz Bogusz (60. Adrian Łyszczarz), Michał Skóraś (60. Jakub Bednarczyk) – Dominik Steczyk (84. Dominik Sokół).

Japonia: Keisuke Osako (46. Shu Mogi) – Yukinari Sugawara, Ayumu Seko (32. Yuki Kobayashi), Ryotaro Tsunoda (46. Yuta Taki), Toichi Suzuki (46. Takumi Nakamura) – Hinata Kida (62. Takuya Ogiwara), Rei Hirakawa (46. Kanya Fujimoto), Hiroki Ito, Hiroki Abe (32. Taisei Miyashiro) – 22. Solomon Sakuragawa (46. Jun Nishikawa), 18. Koki Saito (46. Taichi Hara).

Grzegorz Ziarkowski

  • Marcin

    Widziałem drugą połowę. Japończycy pięknie grali, z polotem, dojrzale. I nagle dostali takie gongi, jakby nasi startowali w konkursie na bramkę roku. Dziwny mecz. Mam mieszane uczucia. Potrzeba by Bońka, żeby powiedział, że jest świetnie i nie ma miejsca na narzekanie.

    • Paweł Król

      Ja również. Momentami Polacy wykorzystywali większą siłę fizyczną. I wyszły wspomniane przez Grzegorza strzały, które rozładowały Japończyków.

  • Grzegorz Ziarkowski

    Japonia grała, myśmy strzelali. Generalnie, wyglądało to jak na młodzieżowym Euro dwa lata temu. Zastanawiam się, czemu tę kadrę powierzono Magierze, człowiekowi, który niczego wielkiego nie osiągnął. No dobra, wyszedł z grupy z Ligi Mistrzów, wygrywając jeden mecz.
    Najbardziej kuriozalna sytuacja była w pierwszej połowie, gdy nasz środkowy pomocnik (nie pamiętam który) nie atakowany przez rywala przyjmował piłkę. Odskoczyła mu na 20 metrów. U Japończyków nie do pomyślenia… Wynik uratował nam trener Japonii zmieniając do przerwy niemal cały skład.
    No i ten Sakuragawa. Chłop na schwał, trudny do upilnowania. Nie zdziwię się, jak niebawem trafi do Europy. Teraz młodzi napastnicy są w modzie i w cenie.

    • Paweł Król

      Wyszedł z Legią z grupy w znaczeniu przejścia do fazy pucharowej Ligi Europy.

      Ludzie z mniejszymi osiągnięciami od Jacka Magiery prowadzili przeróżne drużyny. Sam były piłkarz Rakowa to człowiek opanowany i dobry. Może zbyt spokojny nawet, ale tego do końca nie wiemy, bo w szatni nie siedzimy…

  • Piciarm

    szkoda że kibiców, nie za dużo dotarło…. przy donośnym dopingu to i nogi by naszym lepiej chodziły, może już i w 1 połowie….