Mundialowy alfabet. A

Ahoj ananasy!

Startujemy. A skoro pierwszy odcinek, to zaczynamy od rzeczy i spraw dla mnie… pierwszych.

W premierowym odcinku alfabetycznego cyklu będą zagadnienia, które wiążą się z tym, że od nich zaczęły się pewne etapy mojego życia (rzecz jasna związane z futbolem).
To nie jedyna część wspólna dzisiejszych zagadnień; kolejna to oczywiście pierwsza litera, no i fakt, że wszystkie łączy hasło „Mundial”. Mowa będzie bowiem o czterech turniejach, które odbywały się w krajach hiszpańskojęzycznych; i to od nich wzięła się ta zwyczajowa nazwa mistrzostw świata.

Alessandro Altobelli – Jeden z pierwszych piłkarzy jakich kojarzę z dzieciństwa. Miał ogromny wpływ na to, że zacząłem kibicować mediolańskiemu Interowi. Działał na wyobraźnię, zarówno on, jak i reprezentacja oraz klub. To także pierwszy mistrz świata, którego kojarzę, choć MŚ w Hiszpanii’82 nie oglądałem namiętnie i świadomie. Pamiętam tylko momenty. Sam Altobelli ustrzelił gola w finale na 3:0 (Włosi pokonali Niemców 3:1) i była to jego jedyna bramka w tamtym turnieju, w Meksyku cztery lata później dorzucił trzy trafienia (dwa z Koreą Płd i jednego z… Argentyną).

Argentyna – No i wywołana została Argentyna. To pierwsza reprezentacja, którą świadomie oglądałem i której kibicowałem w Meksyku’86. Pierwszy też organizator turnieju, który odbywał się, gdy byłem już na świecie. Z tamtych zawodów oczywiście nie pamiętam nic, ale podobno z tatą na kolanach patrzyłem w TV. Z tego co potem czytałem, to był mroczny turniej, w cieniu wojny domowej…
Za to Argentyna z 1986 r. to było to, co w piłce najpiękniejsze (przynajmniej dla dziesięciolatka jakim wówczas byłem). Tamtą Argentynę z Maradoną, Burruchagą, Batistą i Passarellą wspominam do dziś z sentymentem. Od turnieju w Mexico piłka pochłonęła mnie bez reszty.

Azteca – Niezwykły stadion, przepiękny. Oczywiście pierwszy, który wbił mnie w fotel. Co ciekawe, rozegrano na nim dwa finały Mundiali (1970, 1986). Co jeszcze ciekawsze, w pierwszym triumfował Pele ze swoją Brazylią, w drugim Maradona z Argentyną…

*

ArenA – Kolejny stadion, ale po kolei… Był 14 lipca 1997 roku, upał był wtedy niemiłosierny, kiedy szwendałem się bez celu po katowickim rynku. Spotkałem kumpla, porozmawialiśmy o wakacyjnych planach, a w zasadzie o ich braku (Jubi – pozdrawiam) i dzień później byliśmy już w Amsterdamie (to się nazywa spontan). Pierwszym obiektem, jaki przywitał nas w tym mieście, był estadio Ajaxu. To był pierwszy stadion zagranicą, jaki widziałem na żywo. Zrobił na mnie ogromne wrażenie – wtedy był przypięty stalowymi linami do ziemi i wyglądał jak wielkie UFO, które zaraz miało wystartować.
Nie do końca związany z Mundialami, ale w jakiś sposób… pierwszy. No i ma podwójne A w nazwie, gra na nim AFC Ajax w mieście Amsterdam, więc elegancko się tu wpasował.

**

Anglia – Argentyna
Awans Anglików albo Argentyńczyków? Argentyna agresywnie atakuje, a Albion asekuracyjnie.
Ależ atmosfera! Awantura, aż algierski arbiter Abdullah Ayed alarmuje akredytowanych akcjonariuszy Adidasa aby apelowali… Ale ale! Anglicy atakują; Argentyńczycy autobus…
Ale akcja, ale asysta! Argentyński atakujący austriackiej Admiry Alberto Angel Alvarez ambitnie asekuruje aktywnych Anglików. Aut…
Adepci akademii Arsenalu alarmują – Argentyńczycy alkoholicy! Ale argument… Amatorszczyzna.
Argentyńczycy autorytarnie – Anglicy afrykańskie asfalty!!
Amerykańska armia asekuruje arbitrów, ambasadorów, administrację, akredytowanych akcjonariuszy.
Ale afera! Apokalipsa!

***

Armia – Aguirre. Autentycznie agresywne akordy:

Archive – Again. Angielski alternatywny aranż:

Dariusz Kimla