Nocnik i rozpierducha, czyli zawracanie Wisły Smudą

Znowu się zeszli: trener po przejściach i piłkarze z przeszłością.

Teoretycznie z takiego mariażu nic dobrego nie mogło wyniknąć. Ale nie w naszej lidze. W tym sezonie Biała Gwiazda jeszcze nie zaznała smaku porażki.

Ubiegły sezon dla piłkarzy, kibiców, a przede wszystkim ładującego w klub gigantyczną kasę Bogusława Cupiała był katorgą, jakiej nie życzyli wiślakom najgorsi wrogowie. Zaledwie siódme miejsce w ligowej tabeli, 38 punktów na 90 możliwych (29 straty do mistrzowskiej Legii), wreszcie ciągnące się za klubem z Krakowa długi. Wisła pokutowała za nieudane eliminacje Ligi Mistrzów sezonu 2011/12, gdzie nadzieja na awans do piłkarskiego raju sprawiła, że do grodu Kraka zawitali futboliści pokroju Michaela Lameya i Ivicy Ilieva. Karty już mocno zgrane, nieperspektywiczne i w dodatku nietanie.

Ubiegły sezon upłynął pod znakiem rozstań z blamażem w tle (Michał Probierz, Kew Jaliens), nieudanych powrotów pod Wawel (Patryk Małecki, Arkadiusz Głowacki, Kamil Kosowski), osobliwych transferów (Jan Fredriksen, Romell Quioto, a przede wszystkim Daniel Sikorski) i rozpaczliwych poszukiwań utalentowanej młodzieży we własnych zasobach.

Jesteś lekiem na całe zło
Z wiślackiej potęgi z ubiegłej dekady nie zostało właściwie nic poza nazwą i szykującym się do kresu piłkarskiej przygody Głowackim. Latem na stadion przy Reymonta wrócił Franciszek Smuda, człowiek, który – w opinii wielu – spieprzył nam Euro 2012, potem totalnie pogrążył się w drugoligowej niemieckiej Ratyzbonie. Przegrany Franz miał być lekiem na całe zło drążące krakowski klub. Część porządków zrobili za niego działacze. Niektórzy piłkarze, jak Cwetan Genkow, pozamiatali się sami, a Smuda zdecydował, że przyszłości nie da się budować na weteranach – Radosławie Sobolewskim i wspomnianym wcześniej Kosowskim. Szczególnie pozbycie się tego pierwszego długo wytykano nowemu-staremu trenerowi krakowian.

Ponadto Smudzie nie przypadł do gustu charakterny pomocnik Cezary Wilk, który przed Franzem uciekł aż do Hiszpanii. Kadra Wisły z ubiegłego sezonu została okrojona do minimum. Kurek z pieniędzmi zakręcił Cupiał i Biała Gwiazda latem na rynku transferowym przypominała pijane dziecko we mgle. Ostoją drugiej linii miał zostać nikomu nieznany – nomen omen – Ostoja Stjepanović, z mistrza Macedonii, Vardara Skopje. Inne transfery – Fabien Burdenski z czwartej ligi niemieckiej – nikogo nie powalały na kolana, a już szczytem dyletanctwa było testowanie Rumuna, który okazał się być studentem, czy nieudane sprawdziany anonimowych graczy z Ameryki Południowej.

Bieda przycisnęła Wisłę, z której śmiali się niemal wszyscy. Nikt nie brał na poważnie prób tłumaczenia sytuacji krakowskiego klubu. Do rozgrywek ligowych wiślacy przystępowali bez klasycznego napastnika. Za postrach obrońców miał robić Rafał Boguski, strzelec aż trzech bramek w ubiegłym sezonie…

Rzygali, ale wytrzymali
Garstce zawodników, która została na Reymonta, Smuda zafundował charakterystyczne dla siebie przygotowania. Przez pięć tygodni futboliści zasuwali aż miło. Niektórzy wymiotowali z wycieńczenia. Smuda jednak zapewniał swoich podopiecznych: – Jeśli wytrzymacie pięć tygodni moich przygotowań, będziecie mieli siłę nie na 90, a na 120 minut meczu.

Krakowianie, jak to z reguły czynią zespoły prowadzone przez Smudę, zaczęli sezon niemrawo – od bezbramkowego remisu z Górnikiem Zabrze. Później przyszła wymęczona i szczęśliwa wygrana z Koroną Kielce oraz remisy: ze Śląskiem i Jagiellonią. Już w trakcie rozgrywek Franz dostał wsparcie Pawła Brożka, któremu najlepiej idzie strzelanie goli pod Wawelem. Kolejne trzy mecze Biała Gwiazda zaliczyła na zero z tyłu i zdobyła siedem punktów. O Wiśle i Smudzie znów zaczęto mówić dużo, i to w pozytywnym tonie. Trener odmienił drużynę, która zajmuje miejsce w czołówce ligowej tabeli i może sporo namieszać w tegorocznych rozgrywkach.

Co zmienił Franz?
W bramce – z braku innych kandydatów – stanął Michał Miśkiewicz, który ma za sobą epizod w AC Milan. 24-letni golkiper udowadnia, że staż w ekipie rossonerich nie był przypadkowy. Defensywą ze środka kieruje Głowacki, któremu dzielnie sekunduje przesunięty z prawej obrony Serb Marko Jovanović. Ze środka defensywy na jej lewą stronę powędrował Bośniak Gordan Bunoza. Obie roszady odbyły się z korzyścią dla drużyny i samych zawodników. Po przeciwnej stronie młodego Pawła Stolarskiego wygryzł ze składu Łukasz Burliga, zawodnik tyleż zdolny, co niesforny. Po szeregu rozmów ze Smudą zaczął poważniej podchodzić do swoich obowiązków, co od razu ma przełożenie na jego postawę na boisku.

W drugiej linii nastąpiły dwa wielkie odrodzenia: Patryka Małeckiego i Łukasza Garguły. Gdy Smuda był trenerem reprezentacji, jego i Małeckiego drogi mocno się rozeszły. Teraz panowie znaleźli nić porozumienia i kto wie, czy Mały nie będzie jednym z najlepszych graczy tego sezonu.

Osobny akapit należy się Gargule. Doświadczony nie tylko piłkarsko, ale i życiowo (nieustanne kontuzje) pomocnik wreszcie zaczął grać na miarę nieprzeciętnych możliwości, które siedem lat temu prezentował w barwach GKS Bełchatów, tworząc trudny do zatrzymania duet z Radosławem Matusiakiem. Guła wreszcie nie narzeka na żadne urazy, może się skupić jedynie na grze. Piłkarz z takim potencjałem z pewnością będzie wyróżniał się w ligowej szarzyźnie. Zresztą, nie ukrywam, polskiej lidze bardzo brakowało Łukasza Garguły w dobrej formie.

Drugą linię uzupełniają: wspomniani Stjepanović i Boguski, a także młodzi Michałowie: Chrapek i Nalepa. W odwodzie jest jeszcze szybki i nieźle wyszkolony technicznie Nigeryjczyk Emmanuel Sarki. Debiut-marzenie (gol z Piastem) zaliczył Haitańczyk Wilde Donald Guerrier.

Renesans Brożka
Gdy do polskiej ekstraklasy wrócił Paweł Brożek, kwestią czasu było, kiedy zacznie trafiać do siatki rywala. To nie jest Sikorski, strzelający jedną bramkę na dwa lata. W naszych przaśnych realiach człowiek gwarantujący 15 goli w sezonie jest wart góry złota. W sześciu ligowych meczach 30-latek trafił dla Wisły już trzy razy.

Smuda lubi i potrafi pracować z piłkarzami, którzy muszą się odbudować i powrócić do dawnej dyspozycji. Kiedyś w Widzewie Franz przywrócił do świata żywych Sławomira Majaka czy Andrzeja Kobylańskiego, a pod Wawelem odzyskał dla polskiej piłki Tomasza Frankowskiego. Teraz to samo musi uczynić z Brożkiem, bo Brożek w formie to wciąż napastnik numer dwa w kraju, za Robertem Lewandowskim… Na marginesie: coś mi podpowiada, że zimą pod Wawel wróci brat bliźniak Pawła, Piotr. Jego też trzeba odbudować.

Czekając na… rozpierduchę
Do formy wraca także Smuda. Jemu Wisła była potrzebna, by odrodzić się po nieudanej przygodzie z kadrą i fatalnym wyborze Jahn Regensburg. Franz potwierdza, że w polskiej lidze jest szkoleniowcem jeśli nie wybitnym, to bardzo dobrym, znającym swój fach.

Niejeden trener odnoszący sukcesy w klubie „przejechał się” na pracy w reprezentacji. Smuda to warsztatowiec; on musi mieć zawodników ciągle przy sobie, każdego dnia doglądać i poprawiać ich formę. Oprócz wartości szkoleniowych polska liga zyskała barwną postać. Ledwie minęło kilka kolejek, a Franz w charakterystycznym dla siebie stylu sprowadził na ziemię prezesa celebrytę warszawskiej Legii, Bogusława Leśnodorskiego. Otóż prezes mistrza Polski stwierdził, że nigdy nie zatrudniłby Smudy w swoim klubie. Na co trener na łamach „Przeglądu Sportowego” zripostował: – Nie znam tego człowieka, nowicjusz chyba. Co on pajacuje, dobry Boże. Jak ja w Lidze Mistrzów grałem, to on pod szafę z nocnikiem wjeżdżał. (…) Facet zobaczył piłkę pół roku temu i udaje nie wiadomo kogo. Niedawno Franz przyznał, że była to stonowana odpowiedź na zaczepkę Leśnodorskiego. – Kiedyś byłaby większa rozpierducha… – stwierdził w „PS” trener.

Zwycięstwa Wisły przekładają się na dobry humor Bogusława Cupiała, a gdy boss jest w dobrym humorze, wówczas szczodrzej sięga do portfela. Ponoć obiecał swojemu ulubionemu szkoleniowcowi pozyskanie w zimowym okienku transferowym czterech solidnej klasy zawodników. Jeśli Smuda dostanie wskazanych przez siebie graczy, to… dopiero będzie rozpierducha!

Bo liga, tak jak Kraków, potrzebuje silnej Wisły, skutecznego Brożka, efektownego Garguły i barwnych, oryginalnych wypowiedzi Smudy…

Grzegorz Ziarkowski

  • Marcin Wandzel

    Kurde, pamiętam, że jak pisałem na świeżo tekst po meczu Wisła – Górnik, to bylem załamany poziomem. Ale jednak Franz jakoś ogarnął tę Wisłę. No i w sumie dobrze. Jest, jaki jest, ale przynajmniej jakiś.

  • Grzegorz Ziarkowski

    Franz to mój ulubiony polski trener, choć nigdy z nim nie gadałem, a szkoda 🙂 Facet z charakterem, czasem coś palnie, zanim pomyśli, ale taki już jest. Kiedyś na konferencji prasowej po meczu Widzewa zapytany o to dlaczego na nietypowej pozycji wystawił Rafała Siadaczkę, odpowiedział: Siadaczka, Taczka, Sraczka… To jest zawodnik i on ma grać!
    Szanuję go za to, co osiągnął przede wszystkim z Widzewem, choć dobrze radził sobie m. in. z Lechem w pucharach. Dobrze, że wrócił do polskiej ekstraklasy, gdzie wśród trenerów jest dużo bezpłciowości, lelum-polelum, itp. Smuda nie boi się walić między oczy, a nie boi się, bo czuje się mocny. I faktycznie jest mocny, nie tylko w gębie.
    A ocena Euro? Cóż, krytyka za mocna, przesadzona. Statystycznie, przegrał tylko jeden mecz, zdobył dwa razy więcej punktów niż Beenhakker 4 lata wcześniej. Może trochę za bardzo go bronię, ale jak napisałem we wstępie, naprawdę lubię gościa. Zresztą, który polski trener poprowadziłby lepiej kadrę na Euro?

  • Grzegorz Ziarkowski

    A ulubieniec Franza, Manuel Arboleda, trafił dziś po raz pierwszy od trzech lat 🙂

  • Paweł Król

    Liga potrzebuje Wisły na poziomie unormowanym. 🙂 Pozdrowienia

  • Dariusz Kimla

    Jak to Twój ulubiony trener, to roboty w weszło nie dostaniesz. Ale nie przejmuj sie, jest spora szansa, ze ukradną Twoje pomysły 😉

  • Piciarm

    witam
    fajnie ze napisales ten tekst,ja tez nie wierzylem ze cos z tego polaczenia wyjdzie .
    powaga-Smuda ktory spadl z 2 budesligi i Wisla bez ladu i bez wiary…i kasy prezesa a teraz

    wyglada to dobrze wiec po kryzysie che che

  • Paweł Król

    Polska liga, Picia, polska liga…

  • Paweł Król

    Smudę rola selekcjonera przerosła. Gubił się, dawał się podpuszczać; odpowiadał na zaczepki, prowokacje dziennikarskie. Ponadto nie unikał absurdalnych powołań: jak można było stawiać na człowieka, który prawie dwa lata nie grał w piłkę? Inna sprawa, że niewiele się od tego czasu zmieniło. Rafał Murawski też był kompletnie bez formy, a Franz uparcie na niego liczył. Błędów popełniono masę w trakcie przygotowań do ME, co przełożyło się na wynik sportowy. Z Grecją na miękko powinniśmy wygrać, jakieś 3:0 albo 4:1. Z Rosji, po pierwszym meczu, uszło powietrze, ale dobra – punkt można jeszcze przyjąć, mielibyśmy więc cztery. Na koniec nie zaprezentowaliśmy kompletnie nic z przeciętną drużyną Czech – blamaż. Zgadzam się z jednym, Franciszek Smuda jest więcej niż porządnym warsztatowcem, który przeważnie sprawdza się jako trener klubowy. Pozdrowienia.

    P.S Aha, tekst o Wiśle wyszedł super!

  • Przynajmniej ktoś sprowadził Leśnodorskiego na ziemię 😀