Osobiste wycieczki (10). Od kopa do braw

od gnoju do gwiazd / tak przecież jest blisko / że tylko się pytać i śmiać – jak śpiewał Lech Janerka.

Albo na odwrót.

W niedzielę, 17 stycznia, Tottenham Hotspur zagrał wyjazdowy mecz z Sheffield United. Najlepszy na boisku w drużynie z Londynu był Tanguy Ndombele, który zdobył piękną bramkę, a bodaj w 77. minucie popisał się wspaniałą akcją, niestety nie została ona zakończona czwartym golem (szukałem tego fragmentu meczu w necie, ale nie znalazłem).

Technika, inteligencja, ma również chłop nieliche kopyto – nie ma co ferować wyroków, bo za krótko Francuz gra w Spurs, ale jak dobrze pójdzie, to okaże się, że Daniel Levy kupił kogoś, na kogo patrzy się z takim samym podziwem, jak kiedyś, niedawno w sumie, na Moussę Dembélé.

Belg był dla mnie tym zawodnikiem, na którego zwracałem największą uwagę w Premier League. Piłkarz mniej ofensywny niż Ndombele, ale obaj mają w sobie coś takiego, że widząc jednego z nich, można pomyśleć o drugim. Piłka klei im się do nogi (Francuzowi głównie do prawej, Belgowi do lewej) i na bardzo małej przestrzeni potrafią ograć rywala w sposób graniczący ze znęcaniem się nad nim.

W serialu „All or Nothing: Tottenham Hotspur” (który nb. bardzo się podobał menedżerowi Sheffield United Chrisowi Wilderowi) mamy osobny, dłuższy fragment o Ndombele.

Francuz przyszedł do Londynu z Lyonu za ok. 56 mln funtów (najdroższy transfer w historii Tottenhamu). Ogromna kwota transferu, ciągłe urazy i kłopoty z aklimatyzacją w nowym mieście powodowały, że praktycznie nie grał, a w mediach zaczęły pojawiać się informacje, że nowy szef londyńczyków, José Mourinho, wyśle byłego gracz Olympique’u Lyon na wypożyczenie.

Kto wie, czy Tanguy grałby dziś w Spurs, gdyby nie pomoc rodaków z drużyny, Moussy Sissoko i Serge’a Auriera (swoją drogą, jakim cudem Mou zrobił z niego, wiecznie nieogarniętego typa, jednego z najlepszych prawych obrońców w lidze?).

Jak źle szło za rządów Portugalczyka Ndombelemu, widać chociażby po statystyce goli. Dwie ligowe bramki dla Spurs zdobył jeszcze za kadencji Mauricio Pochettino (10.08 i 28.09.2019). Na kolejne trafienie 24-latek musiał czekać aż do 4 października 2020, gdy miał swój udział w zdemolowaniu Manchester United na Old Trafford (1:6). Dziś ma na koncie trzy gole. Niby nie od tego jest, ale raz w miesiącu trafić do siatki nie zaszkodzi.

Reprezentantowi Francji służy może również to, że… jeszcze lepsze recenzje zbiera facet od czarnej roboty, Pierre-Emile Højbjerg. Duńczyk gra rewelacyjnie i wygląda na gościa, którego nie wytrąciłby z równowagi wybuch III wojny światowej. Gdy zawodnik Stoke City niemal urwał mu nogę, były gracz Southampton podszedł do tego z humorem bodaj na drugi dzień. Biorąc pod uwagę, że Francuz zdaje się być wrażliwszy na to, co go otacza, niż nieco defensywniej usposobiony kolega, bycie numerem jeden mogłoby mu zaszkodzić.

I jeszcze jedna ważna informacja: w niedzielę na Bramall Lane Tanguy po raz pierwszy u Mourinho zagrał od pierwszej do ostatniej minuty.

Portugalczyk wbrew pozorom lubi futbolowych artystów. Jednym z jego kluczowych zawodników w Realu Madryt był przecież Mesut Özil. Ndombelemu powinna dać jednak do myślenia anegdota przywołana kiedyś przez Niemca. Gdy ten zagrał w jego mniemaniu wybitną pierwszą połowę, w szatni Mourinho poczęstował go jobami: „Myślisz, że dwa piękne podanka stykną, co?”. Portugalski trener nienawidzi opierdalania się, marnowania potencjału. No właśnie.

Młody Anglik, 20 lat, 10 goli w Premier League w sezonie 2015/2016, rok później – 18 trafień. Nie do końca zorientowany miłośnik kopanej prorokuje, że Synowie Albionu będą mieć kolejnego wybitnego napastnika, który pójdzie w ślady Linekera, Rooneya czy Shearera. Tyle że to nawet nie napastnik. Chłopak nazywa się Bamidele Jermain Alli, podpisuje się jako „Dele Alli”, i jest ofensywnym pomocnikiem (gwoli ścisłości, od wielkiego dzwonu był przesuwany – z powodu braków kadrowych – na pozycję „dziewiątki”).

Potem było już gorzej – „tylko” dziewięć trafień w sezonie 2017/2018 – ale newsy, że Real Madryt chciałby nie tylko Harry’ego Kane’a, lecz również Delego Alli, nie brały się znikąd. Aż nagle cudowny dzieciak angielskiej piłki zaczął dołować, popadać w przeciętność.

Przyszedł Mourinho i próbował naprostować Delego. 24-letni dziś Anglik nie jest łatwy w obsłudze. Krnąbrny typ, wychowywany bez ojca od bodaj jedenastego roku życia (z koszulki usunął „Alli”, gdyż nie czuł żadnego związku z tym nazwiskiem), potrafiący zrobić coś głupiego, dać pożywkę brukowcom. A pamiętajmy, że nie żyjemy w normalnych czasach. Dziś nie trzeba się wielce starać, by zostać „rasistą”, „mizoginem” czy Bóg wie kim jeszcze. No i powszechny dostęp do Twittera czy Instagrama powoduje, że łatwo „zabłysnąć” wieczorem po paru piwach przed całym światem, a potem zostać oskarżonym – słusznie bądź nie – o szerzenie któregoś z „izmów”.

Mniejsza z tym. Gdyby Dele grał tak, jak potrafi, pewnie na jego wygłupy machnięto by ręką („Młody jest. Kto nie był młody?”). Zaczął jednak rozmieniać talent na drobne, a tego nikt w futbolu na najwyższym poziomie nie wybaczy.

Wróćmy do serialu „All or Nothing”. Mourinho mówi w nim Allemu, że jest leniem; żeby zobaczył, jak szybko mija czas; że kiedyś będzie żałował niewykorzystanego potencjału. I na początku pracy Portugalczyka w Północnym Londynie młody (ale już nie bardzo młody) Anglik zaczął pokazywać swój talent i świetną, jak na ofensywnego pomocnika, skuteczność. Dwie bramki strzelone Bournemouth, honorowy gol na Old Trafford, trafienie przeciwko Brighton & Hove… Później trafił jeszcze dwa razy, lecz gol zdobyty 7 marca ubiegłego roku w meczu przeciwko Burnley był ostatnim ligowym trafieniem Delego. Teraz uwaga: gracz urodzony w Milton Keynes w trwającym sezonie Premier League przebywał na boisku przez… 75 minut.

No więc, gdy menedżerem Spurs został Mourinho, w głębokiej dupie był Tanguy Ndombele. Dziś jego miejsce zajął Dele Alli, którego największym – i jedynym – osiągnięciem w ostatnich tygodniach jest dobry występ w meczu Pucharu Ligi przeciwko… ósmoligowemu Marine. Wydaje się, że jedyna nadzieja dla Anglika to pomocna dłoń Pochettino, nowego trenera PSG.

***

Sytuacja dwóch wybitnie utalentowanych pomocników klubu zwanego w Polsce „Kogutami” to ewidentny przykład na to, że w piłce nożnej najważniejsza jest głowa. Możliwe, że to dość banalna konstatacja, ale chyba prawdziwa.

Swoją drogą, ciekawe, co zrobiłby Mourinho, gdyby Delemu – nawiążmy do naszego byłego selekcjonera – przeskoczyło coś w głowie i stał się tym samym zawodnikiem, któremu wszyscy wróżyli wielką karierę. Anglik i Francuz w formie, grający razem w pierwszym składzie, to byłoby coś. Prędzej jednak Portugalczyk będzie zastanawiał się nad tym, jak optymalnie wykorzystać jednoczesną obecność na boisku Ndombelego i Giovanniego Lo Celso, niż nad skorzystaniem z potencjału typa, który robi wszystko, żeby zmarnować swoją karierę.

Marcin Wandzel

PS Dele Alli nie został powołany na wczorajszy, wyjazdowy mecz IV rundy FA Cup (Wycombe Wanderers – Tottenham Hotspur 1:4). Oszczędzany na czwartkowe spotkanie z Liverpoolem Tanguy Ndombele, pojawił się na boisku w 68. minucie. Zdobył dwa gole (ten drugi – mistrzowski) i był najlepszy na placu.