Osobiste wycieczki (2.) O wyższości Guardioli nad teściową

14 meczów, a w nich sześć zwycięstw, dwa remisy i sześć porażek, bilans bramkowy: 21-20. 12 meczów, a w nich 10 zwycięstw, żadnego remisu i dwie porażki, bramki: 29-10.

Pierwsze zestawienie to pochodna pracy w wielkim klubie doświadczonego trenera, który we wspaniałym stylu wprowadził reprezentację swego kraju do mistrzostw świata, drugi – to efekt działania żółtodzioba, który do tej pory prowadził jedynie rezerwy swego byłego klubu.

Po chwili zastanowienia można się zorientować, że chodzi o Julena Lopeteguiego i Santiago Solariego. Pamiętam, że ucieszyłem się, gdy były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii przejął stery klubu z Santiago Bernabéu po Zinédinie Zidanie. Nie liczyłem na powtórzenie sukcesów z Ligi Mistrzów, ale na to, że Królewscy może zaczną grać ładniej i może więcej uwagi poświęcą krajowej lidze – tak. Nic z tego. Po dobrym starcie (nie licząc przegranego Superpucharu Europy) przyszły mecze słabe lub fatalne, a nawet gdy zawodnicy Lopeteguiego grali nie najgorzej, byli niesamowicie nieskuteczni. Gdy zmienił go Solari, nagle Real zaczął zdobywać bramki, a gdy grał słabo (vide mecz ligowy z Huescą), to i tak wygrywał, bowiem zawodnicy z Madrytu nie potrzebowali już 20 sytuacji, by zdobyć jedną bramkę i nie każdy strzał rywala wpadał do sieci. Dwa razy Los Blancos pod wodzą Argentyńczyka co prawda się skompromitowali (po 0:3 z Eibarem i CSKA), ale prawda jest, jaka jest: punktują i mają tzw. furę szczęścia.


Solari, Zidane i… jedna z najładniejszych koszulek Królewskich, bo bez reklamy

Co do Zizou, naprawdę jestem pełen podziwu dla ekspertów, którzy uważają, że jego sukcesy trenerskie to głównie pochodna owego szczęścia (naprawdę są tacy). Gość wyciąga Real Madryt z głębokiej dupy, zdobywa z nim mistrzostwo Hiszpanii i trzy Ligi Mistrzów z rzędu, ale – w przeciwieństwie do ulubieńców naszych dziennikarzy – jest farciarzem, nie to co Jürgen Klopp czy Pep Guardiola, których ocenia się, mam wrażenie, zupełnie bezrefleksyjnie – jakby pierwszy nie był specjalistą od przegrywania finałów, a drugi, odkąd odszedł z Barcelony – nie dostawał w czapę w Lidze Mistrzów. Jego Manchester City spisał się w niej gorzej niż za kadencji Mauricio Pellegrino, o poheynckesowym Bayernie nawet nie ma co wspominać. W „Gorączce piłkarskiej soboty” Dariusz Kubicki, stwierdził, że nie widzi szans dla Chelsea w meczu z City – jakby drużyna Pepa miała zagrać z Zagłębiem Sosnowiec, nie z ekipą będąca co prawda w – jak się okazało, chwilowym – kryzysie, ale jednak walczącą o mistrzostwo.

Swoją drogą, nie ma w Polsce lepszych ekspertów niż nudziarz będący jednym z bohaterów Blogu Piłkarska Mafia? Sam, mając niewielką wiedzę na temat Serie A, najchętniej słucham znawców z Eleven Sports – młodych albo relatywnie młodych gości faktycznie zajaranych włoską piłką. Też mogą męczyć – egzaltacją i wtrącaniem co chwilę włoskich zwrotów – ale nie zmienia to faktu, że mówią o czymś, co kochają i czemu poświęcają kupę czasu. No ale ci ani nie są dziennikarskimi celebrytami, ani byłymi piłkarzami, „jakiś tam” Piotr Dumanowski generuje mniejszą oglądalność niż były piłkarz.

Podobnie jak do Zidane’a, wygląda podejście ekspertów chociażby do Vicente del Bosque, którego jedyną zasługą miało być niby to, że świetnie dogaduje się z gwiazdami. A wystarczy chociażby prześledzić, jak Hiszpan ustawił Real Madryt w 2000 r., gdy kontuzjowany był Fernando Hierro, jak musiał dostosowywać drużynę do transferowych zachcianek Florentino Péreza, które – jak wiemy – nie zawsze były potrzebą chwili, że nie był to dobry wujek, a wybitny fachowiec, świetny taktyk. Naprawdę trzeba mieć wyobraźnię, by za najważniejszą cechę trenerskiego warsztatu wąsacza z Salamanki, który dwa razy wygrał Champions League, a z La Roja mistrzostwa świata i Europy, uznać jowialność.


Del Bosque jako zawodnik Realu Madryt

Mówi się, że są kluby, które może prowadzić teściowa prezesa. Chelsea nie potrafiła wygrać Ligi Mistrzów z José Mourinho, Guusem Hiddinkiem czy Carlo Ancelottim za sterami, a zdobyła upragniony puchar, gdy drużyną zawiadywał Roberto Di Matteo, który za taką teściową uchodzi. Argument za? Chociażby to, jak wyglądała jego kariera po pracy w Londynie. Zero sukcesów. Trzeba jednak pamiętać, że nawet Włoch, choć mówiło się, że nie ma zbyt wiele do powiedzenia na Stamford Bridge, że drużyną rządzi starszyzna, wykazał się wcześniej wprowadzając do Premier League West Bromwich Albion.

Inny przykład to Frank Rijkaard: wielkie sukcesy z Blaugrana, później równia pochyła aż do decyzji o zakończeniu kariery menedżerskiej. Pamiętajmy jednak, że to trener, który doprowadził reprezentację Holandii do półfinału. Oranjes grali atrakcyjny futbol, a odpadli po karnych z Włochami. Tak czy siak, wydaje się on do tezy o „teściowej” pasować jeszcze mniej niż Di Matteo.

Ta jest może zabawna i efektowna, ale nieprawdziwa. Taka „teściowa” może co najwyżej być… jednorazowego użytku. Wybitny trener da radę może nie wszędzie (del Bosque poległ w Beşiktaşie), ale będziemy go podziwiać nie za jeden, niespodziewany sukces czy też sukces osiągnięty w jednym miejscu. Pisząc o trenerach niedocenianych, warto spojrzeć na tych, na których eksperci patrzą często niemal bezkrytycznie.

Złośliwi mówią, że nigdy nie podjął ryzyka, że zawsze bierze najsilniejszą drużynę w danej lidze. Trzeba jednak pamiętać, że Guardiola posprzątał w Barcelonie i w każdym klubie odcisnął swój stempel. Co mu można zarzucić? Pewnie obsesję doskonałości, a ideału – 100 procent posiadania piłki – i tak nie osiągnie, bowiem po straconym golu rywal musi wznowić grę. To trener niespecjalnie lubiący się naginać – było to widać, gdy jego Bayern dostawał bęcki od Realu w Lidze Mistrzów, również w niedawnym, przegranym 0:2, meczu z Chelsea. Dobrze by było, gdyby nasi eksperci pochylali się nad jego słabościami (jak mu poszło w LM z Bayernem i City?) tak, jak nad słabościami innych wielkich. Tak czy siak, ci, co negują kunszt trenerski byłego pomocnika Barcelony, twierdząc, że zawsze ma wszystko podane na tacy, chyba powinni się puknąć w głowę.

Mój faworyt, José Mourinho, właśnie zwolniony z Manchester United. W przeciwieństwie do Guardioli zdarzało mu się brać kluby, po których niczego wielkiego nikt się nie spodziewał i robił z nimi wynik ponad stan: zdobycie Ligi Mistrzów z Porto i Interem to było coś niesamowitego. Czy wygrał, czy przegrał w Realu – można o tym dyskutować do rana. Ja oceniam jego robotę na plus. Przed jego przyjściem polscy kibice madryckiego klubu mieli swoją rymowankę, nawiązującą do jego wyczynów w LM: „Jedno życie, jeden klub – 1/8 po sam grób”. To Portugalczyk umiejscowił obecnie wtedy dziewięciokrotnego zdobywcę Pucharu Europy znów na szczycie. Co go rożni od Guardioli? Tamten uchodzi za wrażliwego filozofa futbolu, Mou – za buca, który uwielbia prowadzić permanentną wojnę. Odróżnia go też najważniejsza rzecz: brak wyników, gdyż po zdobyciu mistrzostwa Anglii z Chelsea (2015 r.) idzie mu jak po grudzie. Niegdysiejszy The Special One stracił swą moc. Żenująca, niedzielna porażka z Liverpoolem to ostateczny dowód na to, że Portugalczyk wypadł z trenerskiego topu.

Można jednak odnieść wrażenie, że warsztat Mourinho nigdy nie był tak naprawdę doceniany, że analizując jego sukcesy więcej mówiło się o jego silnej osobowości, gierkach, w które grał, tym, że mecz rozpoczynał już na parę dni przed nim, że umiejętnie zrzucał presję z zawodników. Gdy słucha się niektórych komentatorów, można usłyszeć w ich głosach satysfakcję, że portugalskiemu bucowi w końcu nie wyszło, a teraz – gdy pożegnał się z Old Trafford – te głosy tylko się wzmogły. Dlatego wciąż mu kibicuję, choć po prawdzie nie bardzo wierzę, że wróci na szczyt.

Kiedyś Mourinho nazwał Arsène’a Wengera „specjalistą od przegrywania”. Dziś gdyby wciąż był na topie, mógłby tak określić Jürgena Kloppa, który lubi polec w finale i czasem winy szukać u rywala. Niezłą żenadą było – po dość długim czasie po ostatnim finale Champions League, przegranym z Realem – szukanie winy wszędzie, tylko nie u siebie. Trzeba jednak przyznać, że Niemiec wprowadził Liverpool na wyższy poziom (choć osiągnięcia Brendana Rodgersa – drugiego miejsca – nie powtórzył). Można oczywiście gdybać, gdzie byłby dziś Rodgers, gdyby był bardziej medialny i mógł kupić stopera za 75 mln funtów. Ale to tylko gdybanie. Były menedżer Borussii jest liderem Premier League i świętuje awans do fazy pucharowej Lig Mistrzów. Tyle w temacie.

Dziennikarze są zakochani w trenerze ze Stuttgartu chyba tak mocno, jak w Guardioli. Aż strach pomyśleć, jak wielka to będzie miłość, gdy Klopp… wygra z The Reds pierwsze trofeum. Miłość dziennikarzy do Kloppa pokonuje realną ocenę jego dokonań. Bardzo mnie ciekawi, czy zmieniłaby się narracja ekspertów, gdyby Arkadiusz Milik pokonał Alissona w doliczonym czasie gry ostatniego meczu grupowego obecnej edycji Ligi Mistrzów. Obawiam się, że nasi spece prędzej za winnego niepowodzenia Liverpoolu uznaliby Sergio Ramosa, który w ostatnim finale Ligi Mistrzów zasadził się na życie Mohameda Salaha.

Nie wierzę w „trenerskie teściowe”. Tak jak mamy specjalistów, którzy przeciętniaków zawsze utrzymają w ekstraklasie, a czasem wprowadzą do pucharów albo sprawdzą się jako „strażacy”, tak mamy wielkich trenerów, stworzonych do tego, by prowadzić wielkie kluby. Jeśli wspomniany Solari osiągnie sukces z Realem Madryt, na pewno dostanie szansę w kolejnym sezonie, by pokazać, że nie był to jednorazowy wyskok i tym samym zacznie pukać do trenerskiej elity. Ale jeśli Real nie wygra niczego, idę o zakład, że Florentino Pérez na ławce trenerskiej posadzi szkoleniowca z wielkim nazwiskiem.

Futbol bez Mourinho, Kloppa i Guardioli byłby niczym futbol bez Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Edena Hazarda.

Marcin Wandzel

  • Paweł Król

    Klopp nie jest bez wad, to oczywiste. Ma jednak niezbędną charyzmę, która sprawia, że jego drużyna prezentuje konkretny styl i nie obawia się wyzwań.

    Moja obserwacja jest za to taka, że w kluczowych meczach – takich jak ten w finale ostatniej Ligi Mistrzów – Niemiec i jego piłkarze muszą szukać jakiegoś większego wyrachowania, sposobu na pokonanie przynajmniej teoretycznego faworyta. Piękno, trud pressingu i efektowne akcje ofensywne nie zawsze prowadzą do zwycięstwa. Czasami trzeba szukać sukcesu za pomocą sprytu i liczyć przy tym na odrobinę szczęścia, które zawsze jest mile widziane…

    • Marcin Wandzel

      A propos tych wielkich trenerów, to chciałbym zobaczyć Pochettino albo w innym klubie, albo w Tottenhamie, gdyby mógł sobie dokupić ze 2-3 zawodników, bo w tej chwili wydaj mi się, że nie ma szans wejść pięterko wyżej.

      • Paweł Król

        Gdyby miał taką możliwość (bo pewnie priorytetem było pompowanie kasy w stadion) i nie pomyliłby się w doborze nowych ludzi, Tottenham faktycznie mógłby zbliżyć się do jakości i wyników Man City i LFC. Jednocześnie podoba mi się, że gra właściwie tym samym składem. Można go dzięki temu zapamiętać itd. Zresztą stabilizacja kadrowa służy dobrym wynikom, jeśli znajdują się w piłkarzach rezerwy i nie czują się też wypaleni.

        • Marcin Wandzel

          Trochę jak w Realu – te same gęby od ładnych paru lat. Wczoraj pięknie załatwili Arsenal, gol na 2:0 był rewelacyjny – i asysta Kane’a i wykończenie Delego.

          • Paweł Król

            Zgranie procentuje. Niektórzy mogą grać ze sobą niemal na pamięć.

          • Marcin Wandzel

            Ale też nie wiesz, czy gdyby był bardziej aktywny, to nie miałby mniej genialnych zagrań i summa summarum nie wyszłoby to na gorzej drużynie.

          • Paweł Król

            Też prawda.

          • Piciarm

            tak, ładnie to wyglądało…. !

  • Piciarm

    witam
    bardzo dobrze mi się czytało ten drugi odcinek wycieczek…..
    a zakończenie to prawdziwa esencja futbolu, he, he
    pozdrawiam

    • Marcin Wandzel

      Red. Naczelny kazał wrzucać, to wrzuciłem, bo mi się ten tekst do dupy wydał. Dzięki, pozdrawiam.