Przystanek Bundesliga (81). Frank Schmidt znaczy Heidenheim

Pewnie można też ten tytuł odwrócić i powiedzieć, że beniaminek obecnego sezonu kojarzy się z tym trenerem…

Byłoby to, oczywiście, uproszczenie, ponieważ piłka wciąż jest pracą zespołową i zależy od podejścia i fachowości grupy ludzi, którzy tworzą zespół. Niemniej jednak pięćdziesięcioletni szkoleniowiec, urodzony zresztą w Heidenheim an der Brenz, już jest legendą tego dość młodego klubu z Badenii-Wirtembergii. Co więcej, całkiem niedawno został najdłużej pracującym trenerem w jednym klubie w historii Niemiec. Nieprzerwanie wykonuje obowiązki w tej roli od 2007 roku. Poświęćmy mu więcej uwagi w naszym cyklu…

W trakcie kariery piłkarskiej był obrońcą bądź defensywnym pomocnikiem. Najwięcej meczów rozegrał w Alemannii Aachen i właśnie w 1. FC Heidenheim, gdzie zakończył etap gry w piłkę (po sezonie 2006/2007). Jako piłkarz nie rywalizował więc na najwyższym poziomie. Miał za to okazję wystąpić w mistrzostwach świata do lat 20 w Australii w 1993 r. W meczu grupowym Niemcy – Ghana (2:2) zmienił Carstena Janckera. Nawiasem mówiąc, piłkarze z Afryki zostali później wicemistrzami tego turnieju.

W ciągu pierwszych siedmiu lat pracy trenerskiej w Heidenheim udało mu się uzyskać dwa awanse: z czwartej ligi do drugiej. Za ostatni z awansów, na zaplecze 1. Bundesligi, został uhonorowany tytułem najlepszego trzecioligowego trenera; za rozgrywki sezonu 2013/2014.

Po dziewięciu latach spędzonych w 2. Bundeslidze nastąpił przełom dzięki niezwykle korzystnej końcówce. Dosłownie, bowiem w ciągu dziesięciu minut prowadzona przez Schmidta drużyna przesunęła się w tabeli z trzeciej lokaty na pierwszą. Wszystko za sprawą bramki uzyskanej w doliczonym czasie przez Tima Kleindiensta w spotkaniu wyjazdowym z Jahn Regensburg. W takich okolicznościach udało się zostać zwycięzcą rozgrywek i bezpośrednio awansować.

Z czego nie byli najszczęśliwsi młodzi fani HSV…

Jednak aspiracje do promocji już wcześniej można było zauważyć. Choćby kilka lat temu, gdy opisywaliśmy barażową rywalizację tego niewielkiego klubu z Werderem w tym miejscu.

Wczytałem się chwilę w powyższy tekst, gdzie napisałem w podsumowaniu:

„Można napisać […] że wszystko pozostało na swoim miejscu. I jest to zgodne z prawdą. Werder Brema przeżył jednak sporą nerwówkę. Nie potrafił ani w pierwszym meczu barażowym, ani w drugim zdominować trzeciej drużyny zaplecza Bundesligi. Może to być cenna lekcja dla tego klubu, jeśli wyciągnie on z niej odpowiednie wnioski.

1. FC Heidenheim dowiodło zaś, że awans na najwyższy szczebel nie musi być czymś nierzeczywistym; odległym marzeniem, o które może być trudno. Do spełnienia go nie zabrakło wiele już teraz”.

Zostawmy autocytat w spokoju, podany zresztą bardziej dla przypomnienia. Dowodzi on może tylko tego, że nie zawsze prognozy są chybione.

Po historycznym awansie 1. FC Heidenheim miało na początku pewne problemy, nisko plasując się w tabeli, ale w miarę szybko drużyna składająca się z samych prawie niemieckich piłkarzy wydostała się z niebezpiecznej strefy. Aktualnie zajmuje dziewiąte miejsce po 21 kolejkach, mając na koncie 27 punktów. Daje to przewagę nad resztą, ale nie gwarantuje od razu zachowania bytu na kolejny sezon w elicie. Niejednokrotnie zaś ekipa Franka Schmidta pokazała, że potrafi skutecznie przeciwstawiać się tym silniejszym i z wyższymi budżetami. Jest to, w czasach ogromnej komercjalizacji, bardzo pocieszające. W Bundeslidze, jak się okazuje, może być także… Heidenheim.

Paweł Król