Retro. Brazylia 1982

Według opinii wielu osób była to najlepsza i jednocześnie najpiękniej grająca drużyna w historii futbolu, która nie sięgnęła po tytuł mistrza świata…

Było już u nas o wicemistrzowskiej reprezentacji Holandii z 1974 roku. Tym razem pora na najbardziej utytułowanego przedstawiciela Ameryki Południowej, bez którego obecności trudno było sobie jeszcze do niedawna wyobrażać istnienie czegoś takiego, jak rozgrywki o Puchar Świata.

Tęsknota za nieszablonowym pięknem gry jest u mnie niebotyczna. Czy dzisiaj jest ona gwarancją korzystnego wyniku, to jest temat na osobną dyskusję. Inna sprawa, że mało kto próbuje prowadzić efektowną, ładną dla oka grę i ma do tego odpowiedni talent i predyspozycje. Błysku jest niewiele, a całość podporządkowana jest rygorystycznym wymogom taktycznym, które narzucane są piłkarzom występującym na co dzień w swoich klubach…

Pozwólmy jednak cofnąć się w czasie o blisko 37 lat. Do mistrzostw świata w Hiszpanii, gdzie można było obserwować co najmniej kilka fascynujących meczów; dla Polaków jeden z takich zawierał również podteksty, jak ten zremisowany z ZSRR 0:0 w Barcelonie.

Rywalizację w grupie 6., dwunastych w historii MŚ, Canarinhos wygrali zdecydowanie. Pokonali kolejno Kraj Rad 2:1, Szkocję 4:1 i Nową Zelandię 4:0.

Bilans goli, jak widać, co najmniej robiący spore wrażenie. Siła drugiego i trzeciego przeciwnika wprawdzie nie z samego szczytu, ale – jak to się kiedyś nie bez racji mówiło – na tej rangi turniejach nie ma słabych przeciwników i po prostu trzeba udowodnić własną wyższość na boisku, o czym boleśnie przekonali się np. Polacy Jerzego Engela w 2002 r. (optymizm był po losowaniu, na placu gry wesoło już nie było).

Wrócę za to do pierwszego z wymienionych meczów. Przede wszystkim z powodu dwóch jakże widowiskowych akcji i bramek rodaków Pelégo. Oba trafienia mogę oglądać w nieskończoność. Byłyby one zresztą w sam raz do kącika Marcina pt. „Magiczne dotknięcia”.

Jednakże najpierw to do siatki Brazylijczyków drogę znalazł pomocnik Andrij Bal w 34. minucie (było to dla niego, jak się okazało, jedyne trafienie w kadrze w dwudziestu występach), ówcześnie zawodnik Dynama Kijów.

Na odpowiedź piłkarzy Telê Santany trzeba było trochę poczekać, ale było warto. W 76. min, jak na kapitana przystało, na 1:1 kopnął z odpowiednią mocą i czystością Sócrates.

Kiedy być może część widzów (łącznie przybyło ich 68 tysięcy) zgromadzonych na stadionie w Sewilli była pogodzona z remisem, na minutę przed końcem meczu Brazylia przeprowadziła znakomitą, pełną finezji akcję, na którą stać jedynie wirtuozów. Nie przeszkadzało im wtedy boisko, na którego nierównościach podskakiwała futbolówka. A już na pewno nie ostatecznemu wykonawcy tej akcji Ederowi. Zobaczcie zresztą sami. Obraz kunsztu techniki wyczerpuje słowa:


Dla Zico i spółki kolejne mecze, tym razem w grupie składającej się z trzech reprezentacji, okazały się zdecydowanie bardziej wymagające. Może to uwaga nieco na wyrost, ale Brazylijczykom mogło zaszkodzić najpierw wyraźne zwycięstwo z Argentyną, której po prostu mistrzowie techniki pokazali miejsce w szeregu. Albowiem gracze Césara Luisa Menottiego nie mieli tamtego dnia właściwie nic do powiedzenia, przegrywając 1:3, a honorowego gola zdobywając przy wyniku 0:3. Wcześniej Ubaldo Fillola pokonywali Zico, Serginho i Júnior.

Trzy dni później przyszło zagrać z Włochami. I w tym miejscu zakończył się udział Brazylii w turnieju. Był to wielki dzień dla włoskiego zawodnika, którego radość – tak swoją drogą – po zdobytym golu często była pokazywana w polskiej telewizji. Paolo Rossi przeszedł samego siebie i pozostaje ojcem zwycięstwa graczy Enzo Bearzota. Trzech goli nie zdobywa się przecież, tym bardziej z takim przeciwnikiem, co tydzień…

Wynik końcowy 3:2 dla Italii. Dla przegranych tego meczu po golu zdobyli Sócrates i Falcão. Poprzednicy Romário i reszty ze „Złotej Drużyny” z 1994 w USA (gdzie pokonali po rzutach karnych właśnie Włochów), musieli więc lecieć do domu i zadowolić się co najwyżej Nagrodą Fair Play oraz zwycięskimi meczami do samego momentu gry ze Squadra Azzurra.

Paweł Król

  • Marcin

    Moja mama twierdzi, że strasznie przeżywałem MŚ ’82, jestem jednak za młody – w przeciwieństwie do innych członków redakcji – żeby je pamiętać. Pierwsze złamane piłkarskie serce to canarinhos na Mexico ’86.

  • mariusz(L)

    Z MŚ ’82 to jedyne co mi świta to… piosenka śpiewana przez Bohdana Łazuke „Entliczek-Pentliczek”. Za to MŚ ’86 w Meksyku to już pierwsze świadome mistrzostwa. Pamiętam jak płakałem gdy ojciec mnie NIE obudził na wygrany mecz z Portugalią (mecz był koło 1:00 w nocy). Mecz z Anglią już oglądałem niestety 0:3 (Lineker x3). W 1/8 mistrzostw przegraliśmy z Brazylią ten mecz pamiętam bardzo dobrze z dwóch powodów po pierwsze: bomba Jana Karasia w poprzeczkę, a po drugie był to mój pierwszy mecz w telewizji oglądany w… KOLORZE 🙂

    • Paweł Król

      Gary Lineker, kat Polski, jak to się ukuło w swoim czasie.

  • Piciarm

    No Paolo Rossi – wbić trzy bramki na Mistrzostwach Świata – Brazylii , piękny wyczyn….
    Akcja na 2-1 z Rosją po konkrecje….ale fakt jest taki że po błędzie bramkarza musieli gonić ZSRR….

  • Grzegorz Ziarkowski

    Brazylia 1970 – ponoć to był najpiękniej grający mistrz świata 🙂
    Tak myślę jeszcze nad Argentyną 1998 – czy to nie najlepsza drużyna, która nie sięgnęła po mistrzowski tytuł… Ale może się czepiam 🙂 Pozdrawiam