Retro. FC Barcelona – Skonto Ryga 3:2. El. Ligi Mistrzów. 13.VIII.1997

Kajrat Ałmaty, Shkëndija Tetowo, Valur Rejkawik. To nazwy zaledwie kilku ekip, które w bieżącej edycji europejskich pucharów eliminowały zespoły z krajów nadbałtyckich. Tymczasem równe dwie dekady temu pewien przedstawiciel postsowieckich republik potrafił napędzić stracha jednemu z największych mocarzy piłkarskiego świata.

Łotewskie zespoły nigdy nie należały do wyróżniających się klubów na tle pozostałych rywali z kontynentu europejskiego. W czasach sowieckich tylko Daugava Ryga reprezentowała swój kraj w rozgrywkach Wyższej Ligi ZSRR, gdzie spędziła siedem sezonów mierząc się w starciach ze znacznie bardziej renomowanymi Spartakiem Moskwa, Dynamo Kijów czy też Dinamo Tbilisi.

Upadek żelaznej kurtyny sprawił jednak, iż w tamtejszym futbolu zrodziła się nowa potęga, która na długie lata zdominowała łotewskie rozgrywki ligowe. Stołeczne Skonto powstało dopiero w 1991 roku i już kilka miesięcy później cieszyło się z wywalczenia historycznego mistrzostwa. Tytuł ten był jednak dopiero początkiem imponującego marszu ryżan, którzy triumfowali w kolejnych trzynastu edycjach mistrzostw Łotwy. Tym samym do dziś dzierżą w swych rękach europejski rekord w ilość tytułów zdobytych z rzędu przez jeden klub.

Przez wiele lat stadion Skonto był centralnym ośrodkiem futbolu, który coraz śmielej zyskiwał sobie sympatię w kraju zwariowanym na punkcie hokeja na lodzie. To właśnie ekipa z Rygi dostarczała reprezentacji narodowej jej czołowych zawodników, jak również późniejszego selekcjonera, którym w 2001 został główny architekt sukcesów Skonto, Aleksandrs Starkovs. Towarzystwo to zapisało się w historii przede wszystkim za sprawą dość nieoczekiwanego awansu na rozgrywane w Portugalii Euro 2004, a o jego sile dobitnie przekonali się m.in. podopieczni Pawła Janasa.

Złote pokolenie tamtejszej piłki występując w barwach Skonto miało także okazję posmakować piłki w międzynarodowym wydaniu. Przez długi czas ich próby podboju Starego Kontynentu kończyły się jednak na mało renomowanych rywalach w postaci Malmoe, Mariboru czy też naszego Lecha Poznań, który w 1992 roku okradł ich z marzeń o fazę grupową prestiżowej Ligi Mistrzów. Podopieczni Starkovsa bez większych nadziei przystępowali także do kolejnej edycji owych rozgrywek pięć lat później, kiedy po przebrnięciu przez pierwszą rundę eliminacyjną, gdzie rozprawili się z maltańską Vallettą oczekiwali na wylosowanie przeciwnika, z którym przyjdzie im zmierzyć się w decydującej batalii o awans.

W owych czasach przepustkę do upragnionej Ligi Mistrzów można było wywalczyć po przejściu zaledwie dwóch rund w kwalifikacjach. Problem polegał jednak na tym, iż nie słyszano wówczas o obowiązującej dziś reformie Platiniego, przez co kluby z mniej rozwiniętych piłkarsko państw niejednokrotnie mierzyły się ze światowymi potęgami. Taki los spotkał też naszych dzisiejszych bohaterów, którym niewdzięczny los przydzielił wielką Barcelonę.

Katalończycy w owym czasie podobnie jak dziś pozostawali niejako w cieniu swojego wielkiego rywala z Madrytu, który święcił triumfy na arenie krajowej, a wkrótce i na międzynarodowej. Rok 1997 kibicom Blaugrany upłynął pod znakiem zmiennych nastrojów. Z jednej strony ich ulubieńcy triumfowali w Pucharze i Superpucharze Hiszpanii, jednakże spory niedosyt pozostał po zakończonej ostateczną porażką walce o ligowy tytuł z madryckim Realem. Z drugiej jednak strony należy odnotować, iż wiosną owego roku prowadzeni przez Bobby’ego Robsona barcelończycy sięgnęli po Puchar Zdobywców Pucharów, kiedy to na De Kuip w Rotterdamie rozprawili się z Paris Saint-Germain po golu z rzutu karnego niezawodnego Brazylijczyka Ronaldo.

Legendarny Anglik po kilku miesiącach porzucił ławkę szkoleniową na rzecz dyrektorskiego gabinetu, bowiem prezydent Josep Lluiz Nunez zaoferował mu właśnie posadę dyrektora sportowego Barcelony. Jego następcą zaś mianowany został Louis van Gaal, który w owym czasie dokonał niemalże niemożliwej sztuki, jaką było doprowadzenie opartego na młodzieżowcach Ajaksu do zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Powierzając swój klub w ręce 66-letniego dziś menadżera władze Blaugrany liczyły zapewne, iż van Gaal zdoła nawiązać do sukcesów, jakie kilka lat wcześniej święcił z nią jego rodak, Johan Cruyff.

Były dwukrotny selekcjoner reprezentacji Holandii narzucił w klubie swoje rządy niemal natychmiast dokonując transferów wskazanych przez siebie zawodników. W ten sposób na Camp Nou zawitało m.in. holenderskie trio w osobach Michaela Reizigera, Winstona Bogarde oraz bramkarza Ruuda Hespa. Szeregi zespołu opuściła jednak trójka weteranów, w skład której wchodzili kapitan drużyny Georghe Popescu, Laurent Blanc a w późniejszej części sezonu także Christo Stoiczkow. Stratę Ronaldo, który po zaledwie jednym sezonie w Katalonii przeniósł się do Interu Mediolan, van Gaal starał się z kolei zrekompensować kibicom sprowadzeniem dwójki rodaków genialnego Brazylijczyka – Sonny’ego Andersona, który bił wcześniej rekordy strzeleckie w Monaco, a także Rivaldo mającego za sobą doskonały w swym wykonaniu sezon w koszulce Deportivo La Coruna.

Jednym z pierwszych spotkań Barcelony z Holendrem w roli szkoleniowca miał być właśnie domowy pojedynek ze skazywanymi na pożarcie przybyszami w Łotwy. Van Gaal, świadomy mało prestiżowej klasy rywala, który w poprzedniej rundzie uległ mistrzowi Malty, postanowił oszczędzić niektórych z ważniejszych piłkarzy swojego zespołu, przez co ponad pięćdziesiąt tysięcy kibiców zgromadzonych owego dnia na Camp Nou nie było dane ujrzeć w akcji m.in. Vitora Baii, Andersona oraz długo wyczekiwanego Rivaldo. Zamiast ich w podstawowym składzie wybiegli chociażby Dragan Cirić i Emmanuel Amunike, którzy po dziś dzień wspominani są jako jedne z najgorszych transferów wielokrotnego mistrza Hiszpanii w historii.

Wielkie musiało być zdziwienie barcelończyków w momencie, gdy ich łotewski przeciwnik niemal natychmiast rzucił się do ataku raz po raz zagrażając bramce strzeżonej przez Hespa, zaś gdy w 26. minucie Vladimirs Babicevs wyprowadził Skonto na prowadzenie, zdziwienie to przerodziło się w niemały szok. Brazylijczyk Giovanni już po kilkudziesięciu sekundach zdołał co prawda wyrównać rezultat spotkania, jednak szaleńcze ataki piłkarzy Strakovsa nie ustawały. Poskutkowało to kolejnym golem dla Łotyszy strzelonym tym razem przez Abelardo (dzierżącego niegdyś mało zaszczytny tytuł najbrzydszego piłkarza świata), który skierował piłkę do własnej siatki, choć niektóre źródła przypisują owe trafienie Mihailsowi Miholapsowi.

Bramka ta przelała czarę goryczy i obawiający się kompromitacji gospodarze natychmiast rzucili do ostrzeliwania bramki strzeżonej przez rewelacyjnie dysponowanego Aleksandrsa Kolinko. W 70. minucie spotkania Giovanni ukłuł po raz kolejny, zaś wszelkie nadzieje zawodników ze wschodu na chociażby remis prysnęły w doliczonych minutach spotkania kiedy to rzut karny skutecznie egzekwował Christo Stoiczkow. Choć Skonto wracało do Rygi na tarczy, mogło pocieszać się faktem, iż znajduje się we względnie uprzywilejowanej sytuacji przed rewanżem na własnym obiekcie, gdzie przy pomocy miejscowych fanów miało niebawem stoczyć ostateczną batalię o udział w najważniejszych rozgrywkach klubowych Starego Kontynentu.

Tuż po meczu, który w pierwotnym założeniu miał okazać się dla Barcy spacerkiem, na głowę van Gaala spadła lawina negatywnych komentarzy zarzucających mu m.in. zbyt duże zlekceważenie rywala. Holender na swoją obronę wysnuł tezę, iż drużyna jest dopiero w trakcie przebudowy i póki co skupia się na odnalezieniu dla siebie właściwego systemu gry. Niemniej biorąc pod uwagę fakt niesamowicie rozbudzonych apetytów piłkarzy Skonto, już sam udział barcelończyków w Lidze Mistrzów nie był do końca jasną sprawą.

Rewanżowe starcie dwóch zespołów na kameralnym stadionie w Rydze oglądała liczba dwunastu tysięcy kibiców, co do dziś stanowi rekord frekwencji na meczu piłkarskim w tym kraju. Choć nastroje były bojowe, podopieczni Starkovsa nie zdołali wyeliminować gości wzmocnionych tym razem Reizigerem i Andersonem. Ostatni z nich strzelił zresztą bramkę, która na dobre przekreśliła marzenia ryżan o przekroczeniu bram piłkarskiego raju.

Sezon 1997-98 był dla Barcelony pełen wzlotów i upadków. Z Ligą Mistrzów, o którą tak zaciekle walczyli pożegnali się już jesienią kiedy to miejsce w szeregu pokazali im inni przybysze ze wschodu w postaci Dynamo Kijów z rewelacyjnymi Rebrowem, Kaładze i Szewczenko w składzie (0:7 w dwumeczu). W lidze natomiast zostawili daleko w tyle broniący tytułu Real, pokonując go m.in. w Gran Derbi na Santiago Bernabeu. Ponadto eksplozja formy Rivaldo sprawiła, że w Katalonii szybko zapomniano o rekordach strzeleckich Ronaldo.

Ekipa Skonto tymczasem po rozwianiu wszelkich nadziei na udział w Lidze Mistrzów tego samego lata raz jeszcze udała się do gorącej Hiszpanii, jednak z walki o dalszy udział w Pucharze UEFA wyeliminował ją tamtejszy średniak, Real Valladolid. W kolejnych latach z kolei hegemon ligi łotewskiej ponownie miał okazje mierzyć się z renomowanymi markami w postaci Interu Mediolan a także Chelsea, która podobnie jak Barcelona natrafiła na niemałe trudności w pojedynkach z Łotyszami. Mecze z tak uznanymi rywalami stały się oknem wystawowym dla wielu spośród podopiecznych Starkovsa. Wśród nich na czoło wysuwa się nasz dobry znajomy Marians Pahars, który na Wyspach Brytyjskich określany był jako „Łotewski Michael Owen”. Wraz z nim do Anglii powędrowali Andrejs Rubins, Imants Bleidelis, Vitalijs Astafjevs, Igors Stepanovs (zahaczył o wielki Arsenal) oraz wspomniany bramkarz Aleksandrs Kolinko, jednak żaden z nich nie podążył drogą Paharsa i nie zdołał podbić serc angielskich kibiców.

Samo Skonto, które jeszcze w 2011 roku walczyło o Ligę Mistrzów z krakowską Wisłą, w grudniu ubiegłego roku ogłosiło bankructwo i póki co nie zanosi się na to, by klub w rychłym czasie powstał z popiołów. Niemniej jednak, mimo nieciekawej teraźniejszości, kibice na Łotwie i w innych krajach nadbałtyckich z pewnością przez wiele lat pamiętać będą o heroicznej postawie skazywanych na porażkę zawodników, którzy z pomocą ambicji i determinacji o mały włos nie powalili na kolana jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek piłkarskich świata.

Michał Flis

  • Paweł Król

    Hesp, Reiziger i Bogarde byli za słabi na ten klub, od którego wymaga się głównie samych sukcesów. Poza tym chyba słusznie zarzucano van Gaalowi, że w zbyt dużej ilości ściąga i promuje Holendrów. Ale to jest taki typ trenera, który chce narzucić własny pomysł za wszelką cenę. Chciał może stworzyć poniekąd drugi Ajax, a to mu się nie udało.

    Podobno Guardiola też nie ma zamiaru dopasowywać się do warunków i sposobu gry w Premier League. Rzekomo powiedział, że to nie on ma się adaptować. Odważnie, butnie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W tytuły jakoś nie wierzę. Poszło mu w Katalonii, i to wyjątkowo dobrze, w Niemczech już tak słodko nie było. W Man City na razie także. Wrócę jednak do tematu…

    Skonto pokazało pazur. Coś mi tam świta z tamtego okresu właśnie. Najważniejsze, że przypomniałeś o tym dwumeczu, a i miejsca na ciekawostki nie zabrakło.

    • Widać po grze MC, że Guardiola przestał sie już wygłupiać i przenosić tę swoją tiki-take do lig, gdzie nigdy sie tak nie grało i nie będzie grało. To jednak taka zbieranina, że aż żal na to patrzeć. To samo PSG. Araby niech sobie rope wydobywają, a nie do klubów pieniądze pompują, bo to niszczy futbol zarówno sportowo jak i moralnie…

      • Paweł Król

        Mając do dyspozycji tak dynamicznych piłkarzy, jak np. Sterling lub De Bruyne, Citizens powinni to wykorzystywać. Grać szybko i w zaskakujący sposób, a nie mozolnie usypiać rywali.
        Moralność. Gdzieś w niegłupiej książce przeczytałem, że zawsze zmienia się zgodnie z czasem. Ale czy w takim razie to jeszcze „moralność”. Wykorzystywana i naginana jest do interesów możnych tego świata.

        • Naprawdę niegłupia jest tylko jedna książka, gdzie moralność się nie zmienia 😉
          Ale ludzie i tak będą udawać mądrzejszych…

          • Paweł Król

            Zasady napędza lub – jak kto woli – rozpędza cel. Przeciętny człowiek też je łamie. I próbuje sam siebie tłumaczyć, że może to, co zrobiłem, jest dopuszczalne. Takie tanie rozgrzeszanie własnego siebie. Masz rację.

  • Piciarm

    witam
    kolejny świetny odcinek retro – szybko zleciał czas ….
    kawał fajnej historii Skonto Ryga ,dzięki za przypomnienie
    pozdrawiam