Retro. Jacek Machciński (1948-2019)

22 grudnia zmarł Jacek Machciński. Jeden z tych trenerów, którzy położyli podwaliny pod legendę wielkiego Widzewa…

Gdy byłem uczniem szkoły średniej, z zainteresowaniem przeczytałem wiadomość, że trenerem Włókniarza Pabianice będzie Jacek Machciński. Był początek XXI wieku. Poszedłem z kumplem na sparing „zielonych”, już nie pamiętam, kto był rywalem. Usiedliśmy za ławką rezerwowych Włókniarza. Przy niej szpakowaty jegomość dość żywo reagował na boiskowe wydarzenia. To był on. Jacek Machciński. Gość, który z 20 lat wcześniej z Widzewem wyeliminował Manchester United i Juventus FC. Trochę nie wierzyliśmy, że facet, którego na pierwszy rzut oka ciężko byłoby wyłowić z tłumu, to wielki trener. Że przyszedł do Włókniarza, do IV ligi.

Pabianiczanom w tym sparingu nie szło jak cholera. Machciński, który odpalał przy ławce papierosa za papierosem, w pewnym momencie nie wytrzymał. Zaczął kląć na czym świat stoi. Oberwało się nawet prezesowi Włókniarza, który usłyszał, że „bardziej chujowych zawodników nie mógł mu sprowadzić”. Po czym w równie mało parlamentarnych słowach skomentował decyzje arbitra głównego. Ten nie wytrzymał i wyrzucił trenera na trybuny. Legendarny trener chodził tuż obok nas. W pewnym momencie Włókniarz strzelił gola, bodaj kontaktowego. Machciński szeroko się uśmiechnął i szelmowsko puścił do nas oko:
– Panowie, jeszcze będą emocje, co?
Po czym znów „wrócił do meczu” i od nowa rozpoczął swój własny mecz przy ławce rezerwowych. Emocji nie było, bo rywal strzelił kolejne gole i wygrał wysoko.

To było trzecie podejście Jacka Machcińskiego do Włókniarza. Pierwsze miało miejsce w 1972 roku, gdy był młodym, ambitnym szkoleniowcem tuż po Akademii Wychowania Fizycznego. „Zieloni” spadli wówczas z II ligi. Machciński w III lidze prowadził zespół w jednym spotkaniu, po czym skorzystał z propozycji Leszka Jezierskiego, zostając jego asystentem w Widzewie, który właśnie do II ligi awansował. Obaj panowie poprowadzili ekipę z Armii Czerwonej (dziś Piłsudskiego) do awansu do ekstraklasy w 1975 roku. Drugie podejście Machcińskiego do drugoligowego Włókniarza to sezon 1985/86.

Charyzmatyczny szkoleniowiec do Włókniarza w roli trenera wracał najczęściej – trzykrotnie. W Widzewie był też trzy razy, ale raz jako zawodnik, raz jako asystent Jezierskiego, wreszcie raz jako główny trener. To on stał za sukcesami klubu w 1980 roku (wicemistrzostwo Polski, wyeliminowanie ManUnited i Juventusu) oraz pierwszym mistrzostwem Polski Widzewa w 1981 roku, wywalczonym bez Zbigniewa Bońka i Józefa Młynarczyka ukaranych za tzw. „aferę na Okęciu”.

Machciński chodził własnymi ścieżkami. Rzadko kiedy szedł z prądem. Niezwykle szanował swoje zdanie i własne poglądy. Gdy był ostentacyjnie pomijany na konferencji trenerskiej, nie wahał się powiedzieć kilku mocniejszych słów. Ponoć nawet rzucił się na dziennikarza „Piłki Nożnej” Jerzego Lechowskiego, co środowisko trenerskie potraktowało z ostracyzmem i stwarzało mu problemy. Pomógł mu potrafiący załatwiać niemal każdą sprawę legendarny prezes Widzewa, Ludwik Sobolewski. Może ze względu na krnąbrny charakter i niebanalne odzywki pasował do wizjonerskiej koncepcji wielkiego Widzewa?! Dobry warsztat trenerski uzyskał na asystenturze u Jezierskiego. Potem sam ten warsztat udoskonalił. Zerwał z długimi treningami. U niego ćwiczyło się krótko i intensywnie. Odszedł z Widzewa w wieku 33 lat. Wcześniej jako asystent Jezierskiego byli najlepsi z Ruchem Chorzów w 1979 roku.

Po Widzewie wielkich sukcesów nie odniósł. Ba, w 1987 roku jako trener Ruchu Chorzów widział jak własny bramkarz, Janusz Jojko, w barażowym meczu z Lechią Gdańsk, strzela historycznego samobója…

Po takim numerze nigdy więcej Jojce ręki nie podał. Po tej bramce wstał i opuścił stadion. Poszedł do kawiarni. Dzień przed meczem z Lechią miał zapaść. Miał dość futbolu. Wcześniej nie bał się stawiać piłkarzom. Z Concordii Piotrków wyleciał dyscyplinarnie (wygrał sprawę przed sądem pracy), bo nie tolerował pijanych zawodników na treningu. Ze Startu Łódź odszedł, bo miał dość układów, sprzedajnych sędziów i kombinujących zawodników.

Postanowił odpocząć od futbolu przed czterdziestką. Prowadził w Łodzi sklep z bronią. Próbował wrócić do piłki, ale jego przygody z Włókniarzem, Wigrami Suwałki i Turem Turek kończyły się niepowodzeniem. Pod koniec życia opiekował się ciężko chorą żoną Urszulą, która zmarła w 2017 roku.

Jacek Machciński zmarł w Łodzi 22 grudnia. Miał 71 lat. W ostatnią drogę wyruszy 8 stycznia 2020 roku na cmentarzu Doły. Jedno pytanie jednak dręczy mnie od zawsze: czy mógł osiągnąć więcej jako trener z charyzmą, wizją i wielkim poczuciem niezależności? Tego już się, niestety, nie dowiemy…

Grzegorz Ziarkowski

  • Paweł Król

    Do dzisiejszego futbolu jeszcze bardziej by nie pasował, co należy potraktować jako komplement… Trener jest jednym z wielu ludzi w klubach-firmach, przedsiębiorstwach… Nie ma tej rangi, jak kiedyś. Widzę to po reakcjach piłkarzy, często wręcz histerycznych, na podejmowane przez nich decyzje. Chyba Deschamps powiedział, że nie osiągnąłby – wprawdzie nie jako trener klubowy, ale selekcjoner – zupełnie nic z reprezentacją Francji, gdyby nie zmienił swojego podejścia przede wszystkim do młodych graczy… To nawiasem mówiąc. Warto pamiętać o Jacku Machcińskim, bo – jak dowiodłeś – miał swój wkład w sukcesy Widzewa. Poza tym nie tolerował fuszerki i poziom prezentowany przez drużynę nie był mu obojętny…

  • Piciarm

    Witam
    Nie znałem tego trenera… ale jak go przedstawiłeś w tym artykule to mi się gość podobał, z zasadami, chłop był….