Retro. Lech Poznań – Olympique Marsylia

Realne marzenia o wielkiej sensacji i jedno z najbardziej tajemniczych zatruć w historii polskiego futbolu…

Był rok 1990. Polskiej reprezentacji zabrakło na mistrzostwach świata we Włoszech, kadra Andrzeja Strejlaua podjęła się próby awansu do Euro 1992. Latem 1990 roku „Kolejorz” sięgnął po swój trzeci mistrzowski tytuł. Ligowa czołówka w tamtym sezonie wyglądała naprawdę interesująco – wicemistrzem został beniaminek Zagłębie Lubin, trzeci był dyżurny pucharowicz GKS Katowice, zaś pierwszą piątkę zamykały kolejny beniaminek – bydgoski Zawisza i Olimpia Poznań.

W pierwszej rundzie Pucharu Europy poznaniacy przejechali się po słynnych „Wszechateńskich”, czyli Panathinaikosie wygrywając 3:0 (dwa gole Czesława Jakołcewicza i jeden Marka Rzepki) w Poznaniu.

W Atenach było 2:1 dla Lecha (na gola Dimitrisa Sarawakosa odpowiedzieli Bogusław Pachelski i Kazimierz Moskal).

Dwa dni po zwycięstwie w stolicy Grecji przeprowadzono losowanie. W Lechu chcieli uniknąć dwóch rywali – Crvenej zvezdy Belgrad i Olympique. Udało się w połowie.

Zabawka Bernarda
Klubem z Marsylii rządził wówczas poseł francuskiego Zgromadzenia Narodowego i zarazem obrzydliwie bogaty biznesmen Bernard Tapie. Olympique było potęgą we Francji i liczącą się marką w Europie. Trenerem był wówczas Franz Beckenbauer z zarobkami 400 tysięcy marek niemieckich rocznie. Wiosną 1990 roku Olympique dość pechowo odpadł z Pucharu Europy, ulegając w półfinale Benfice. Wściekły Tapie wyrzucił z klubu 14 zawodników, w tym m.in. Urugwajczyka Enzo Francescolego.

W ich miejsce przyszło 11 nowych, m.in. bramkarz Pascal Olmeta, Basile Boli, czy Ghańczyk Abédi Pelé. Osiem milionów dolarów kosztował jugosłowiański rozgrywający Dragan Stojković. Jeśli dodać do tego atak, w skład którego wchodzili Anglik Chris Waddle, Jean-Pierre Papin czy wreszcie niesforny Éric Cantona – mamy obraz piłkarskiego Dream Teamu, z którym przyszło się mierzyć mistrzom Polski.

Wojenka telewizyjna
Przed meczem działacze Olympique przylecieli do Poznania, by odbyć niewielki rekonesans. Negocjowano m.in. kwestię praw telewizyjnych, która ostatecznie okazała się korzystna dla obu stron – Lech otrzymał zyski z reklam wokół stadionu, sprzęt Adidasa oraz telewizor i magnetowid Panasonic, które ponoć służą w klubie do dziś. Podczas rozmów był moment, że Francuzi zagrozili całkowitą… blokadą transmisji. Przed meczem zarezerwowali całe piętra w poznańskich hotelach Polonez i Poznań. Przywieźli ze sobą żywność, dwóch kucharzy i dwie kelnerki. W kontekście całego dwumeczu okazało się to kluczowe…

Trudno w to uwierzyć, ale w Marsylii tak bardzo skupili się na sprawach organizacyjnych, że właściwie nie rozpracowali Lecha. Co innego poznaniacy. Trener Jerzy Kopa dwukrotnie pokonywał samochodem drogę ze stolicy Wielkopolski do Francji. Taki Damian Łukasik przez dwa tygodnie przygotowywał się do gry na Cantonę. Efekt był taki, że Francuz w końcu naszego piłkarza… opluł. Z kolei za Papina odpowiadał Waldemar Kryger.

„Franek” asystentem
Jak wyglądał sam mecz? Kopa po latach przyznał, że obrońcy Lecha mieli wysoko wychodzić do przodu, by łapać Francuzów na spalone. W 7. minucie jeden z poznańskich defensorów złamał linię spalonego w okolicach środkowego koła, co sprawiło, że Laurent Fournier wybiegł sam na sam z Kazimierzem Sidorczukiem i skierował piłkę do siatki. Szybko stracony gol nie załamał poznaniaków. Na lewej stronie wyróżniał się Mirosław Trzeciak, który w pierwszej połowie zanotował dwie asysty. Najpierw w 31. minucie po jego zagraniu powstało spore zamieszanie, w którym Łukasik wepchnął piłkę do siatki. 10 minut później po akcji „Franka” piłkę do siatki z zimną krwią skierował Pachelski.

Po zmianie stron lechici nadal grali swoje. Mieli przy tym sporo szczęścia, bo pozostawiony bez opieki Papin zamiast do bramki huknął w spojenie słupka z poprzeczką. Ta sytuacja zemściła się w 58. minucie, gdy 20-letni wówczas Andrzej Juskowiak otrzymał piłkę z głębi pola i mimo asysty obrońców zdołał uderzyć obok wychodzącego Olmety. Było 3:1 dla Lecha. Dwubramkowej przewagi nie udało się utrzymać – w końcówce w dość pokraczny sposób do bramki Sidorczuka trafił Waddle. Mogło być 3:3, ale tuż przed końcowym gwizdkiem arbitra minimalnie pudłowali Cantona i Éric Mura.

Mecz z Olympique był prawdopodobnie najlepszym spotkaniem w historii Lecha.

25 października 1990, stadion Lecha w Poznaniu
II runda Pucharu Europy
Lech Poznań – Olympique Marsylia 3:2 (2:1)
Gole: Łukasik 31., Pachelski 41., Juskowiak 58. – Fournier 7., Waddle 84.
Lech: Kazimierz Sidorczuk – Czesław Jakołcewicz, Dariusz Kofnyt, Damian Łukasik, Marek Rzepka – Michał Gębura, Dariusz Skrzypczak, Mirosław Trzeciak – Bogusław Pachelski, Andrzej Juskowiak, Kazimierz Moskal.
Olympique: Pascal Olmeta – Bruno Germain, Carlos Mozer, Éric Di Meco, Éric Mura – Laurent Fournier, Chris Waddle, Jean Tigana, Bernard Casoni – Jean-Pierre Papin, Éric Cantona.
Widzów: 18 000
Sędziował: Thorbjørn Aas (Norwegia)

„Oh là là!”
Na rewanż do Marsylii poznaniacy jechali w znakomitych nastrojach. Czuli, że byli w gazie. Oni mogli, ale nie musieli przejść Olympique. Jednak każdy z nich grał o coś więcej niż awans do ćwierćfinału Pucharu Europy. Wyeliminowanie Olympique byłoby znakomitą przepustką do lepszego świata, przed wieloma z nich otwierała się szansa wyjazdu na wymarzony Zachód.

Na treningu w przeddzień meczu lechici wyglądali znakomicie. Francuzi oglądający zajęcia poznańskiej ekipy z uznaniem cmokali z zachwytu, wydobywając z siebie krótkie: „Oh là là!”. W dniu meczu piłkarze Lecha zjedli śniadanie oraz obiad w hotelu. Nie zabrali swojego kucharza, jedzenia, obsługi. Całkowicie zaufali gospodarzom. Po posiłkach Kopa zarządził krótką drzemkę. Na przedmeczowej odprawie zorientował się, że coś jest nie tak. Piłkarze byli ospali, oszołomieni, nie wiedzieli, co się dzieje.

Drgawki Trzeciaka i Skrzypczaka
Jedyny środkowy pomocnik w drużynie Lecha Dariusz Skrzypczak nie mógł wyjść na mecz. Skarżył się na zawroty głowy, nie był w stanie utrzymać równowagi. W środku boiska Kopa musiał wystawić Juskowiaka. W 19. minucie z murawy musiał zejść Trzeciak, który słaniał się na nogach. Wszedł za niego Dariusz Bayer. Mimo kiepskiej dyspozycji nasi mogli zdobyć gola, ale okazji na wyrównanie nie wykorzystał „Jusko”. W przerwie w szatni koledzy zobaczyli Skrzypczaka i Trzeciaka owiniętych w koce, targanych drgawkami. Wparował do niej delegat UEFA, który stwierdził, że lechici są pod wpływem niedozwolonych substancji i zarządził po meczu kontrolę antydopingową. Nic nie wykazała.

W tej sytuacji mecz zszedł na dalszy plan. Choć po przerwie zryw mistrzów Polski przyniósł im gola – wywalczyli rzut karny, który wykorzystał Jakołcewicz. Lecha od wyrównania strat dzielił jeden gol. Dla umordowanych poznaniaków to było zadanie ponad siły. Gospodarze wykorzystali ich słabości i strzelili jeszcze trzy gole, pewnie awansując do ćwierćfinału.

Po przylocie do Polski sześciu lechitów wysłano do szpitala. Zrobiono badania – pierwsza próbka wykazała wytrącenie z organizmu wapnia, potasu i pierwiastków śladowych. Druga – nie wykazała nic. Lech nie miał żadnych argumentów, by oskarżyć Francuzów o celowe zatrucie. Badań we Francji nie było sensu przeprowadzać. Skoro Tapie trząsł całym miastem, trząsł i szpitalami… Lechowi umknęła wielka szansa na przejście do historii polskiego futbolu.

W ćwierćfinale marsylczycy wyeliminowali Milan, w półfinale dwa razy ograli Spartaka Moskwa, dopiero w finale na stadionie w Bari sprawiedliwości stało się zadość – w karnych wygrała Crvena zvezda Belgrad, ostatni klub spoza zachodniej Europy, który sięgnął po najważniejsze trofeum na Starym Kontynencie.

7 listopada 1990, Stade Vélodrome w Marsylii
II runda Pucharu Europy (rewanż)
Olympique Marsylia – Lech Poznań 6:1 (3:0)
Gole: Papin 19., Vercruysse 34., 44., 83., Tigana 89., Boli 90. – Jakołcewicz 60., k.
Olympique: Pascal Olmeta – Bernardo Pardo, Éric Di Meco, Basile Boli, Carlos Mozer – Bernard Casoni, Abédi Pelé (69. Dragan Stojković), Jean Tigana, Chris Waddle (87. Éric Lada) – Jean-Pierre Papin, Philippe Vercruysse.
Lech: Kazimierz Sidorczuk – Marek Rzepka, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Bereszyński, Damian Łukasik – Dariusz Kofnyt, Michał Gębura, Andrzej Juskowiak (72. Arkadiusz Wołoszczuk), Kazimierz Moskal – Mirosław Trzeciak (18. Dariusz Bayer), Bogusław Pachelski.
Sędziował: Joe Worrall (Szkocja)
Widzów: 30 000

Grzegorz Ziarkowski

  • Paweł Król

    Utkwił w pamięci przede wszystkim wynik rewanżu, taki sam jak po latach Legii w czwartkowy listopadowy wieczór na Mestalla za kadencji Okuki, ale w ogóle ten dwumecz miał swoją dramaturgię…

    Szkoda, że minimalna zaliczka z Poznania na nic się nie zdała. A czy we Francji zdolni są do podstępów? Pewnie tak, bo dlaczego by nie. Wiem np., że Darek uważa że na mundialu ’98 w finale Brazylia Zagallo nie była sobą. Tutaj jednak, patrząc na skład marsylczyków, nie jestem tego w żaden sposób pewien. Ale to wyłącznie patrząc na siłę kadry OM. Gdyby za to założyć, że jest szansa „dosypać piasku w tryby”, to czemu nie ulec pokusie takiego planu… To już jednak historia, a my nie wiem, jak było naprawdę. Retro za to na stronie wisi. I pewne jest właśnie to, że czytało się jednym tchem. Zwłaszcza, że za polki futbol dawniej dawałem się niemal pokroić…

    • Grzegorz Ziarkowski

      Lata 90-te to niezwykle romantyczny okres chyba dla każdego z redakcji. Człowiek chłonął wszystko jak gąbka, nie było internetu, siedziało się przed telegazetą 🙂
      Zastanawiam się nad fenomenem Lecha z początku lat 90-tych, ciekawy mieli skład i piłkarzy – co ciekawe niewielu sprawdziło się na niwie reprezentacyjnej: vide Skrzypczak, Moskal, Podbrożny. Choć gdy przygotowywałem ten tekst wpadłem na to dlaczego selekcjoner Strejlau dość regularnie stawiał w obronie na Rzepkę i Łukasika, a szansę reprezentacyjną dostał też Bereszyński senior.
      Z tych co w kadrze się sprawdzali – lepiej lub gorzej – trzeba by wymienić Sidorczuka, Jacka Bąka, Juskowiaka i Trzeciaka 🙂
      Pozdrawiam

  • Piciarm

    Ekstra retro
    Pięknie szło – najpierw „koniczynki” potem w pierwszym meczu 3-2 tak silną ekipę OM oh la la
    po przypomnieniu przez Ciebie składów, to była ścisła czołówka …
    śmieję się, że zaszkodziły Polakom owoce morza po posiłkach w hotelu…albo za dużo wypili… tak pewnie pisali w Marsylii….wynik 6-1 ale wiemy swoje…
    pozdrawiam

  • Mnietek

    Poprawcie. Wołoszczuk ma na imię Dariusz.