Retro. Wisła Kraków – Gwardia Warszawa 6:1. I liga. 07.03.1982

Pierwszy kolejka Stanu Wojennego przyniosła zakład Andrzeja Iwana z Dariuszem Dziekanowskim…

W noc stanu wojennego zakazano zgromadzeń, ale na jakimś patencie w piłkę grano. 24 stycznia 1982 na stadionie Cracovii rozegrano coroczny mecz o Tarczę Herbową Krakowa. Pierwszoligowa Wisła w śniegu wygrała 1:0 z pasiastą sąsiadką, po zwycięskim golu Andrzeja Iwana. Herbową Tarczę wręczał m.in. Konsul Generalny ZSRR w Krakowie.

Pisałem do Belgradu do Nenada Stokovicia, by wysłał mi składy z inauguracji ligowej wiosny AD 1982 z „Piłki Nożnej” (ma wszystkie), ale wirtualnie rozłożył ręce: stan wojenny brate, „PN” nie wychodziła przez trzy miesiące.

Pierwszy numer po przerwie zawiera coś w rodzaju niepodpisanego wstępniaka (tzn. podpisał się „REDAKTOR”) i następujące słowa:

Mieliśmy – myślę, o obu stronach – Czytelnikach i zespole redakcyjnym – dużo czasu na przemyślenia, formułowanie wniosków na przyszłość – co robić by w naszym kraju było lepiej? (…) Po okresie chaosu, niepewności wszystkich na wszystkich, a szczególnie na władzę, stan wojenny nie tyle ułatwia życie, co po prostu je umożliwia. Im lepiej to sobie uświadomimy, tym łatwiej wrócimy do stanu normalnego.

W Trójmieście, po wprowadzeniu stanu wojennego, nie wychodziły wszystkie ukazujące się wówczas dzienniki: Głos Wybrzeża, Dziennik Bałtycki i Wieczór Wybrzeża. Przez niecałe dwa miesiące jedynym dostępnym tytułem była tzw. Trójgazeta, zwana również Trójpolówką. Co ciekawe, była ona opatrzona winietami wszystkich trzech zawieszonych dzienników.

Kraków to jednak była stolica Polski dlatego wciąż ukazywał się nomen omen „Dziennik Polski” i zawierał nawet ciekawe kawałki, jak ten pt. „Mój ojciec, Stefan Rowecki”: TUTAJ.

Jakoś trudno mi wyobrazić sobie, by podobny artykuł ukazał się dziś np. w „Wyborczej” (jej sprzedaż po raz pierwszy w historii spadła poniżej 100 tysięcy egzemplarzy, społeczeństwo nie dorosło wyraźnie do tych mądrości), a jeśli już to w ramach tzw. odkłamywania historii zawierałby wątki antysemickie i rasistowskie w biografii „Grota”.

W takiej atmosferze, zupełnie fantastycznie się złożyło, że na otwarcie wiosny zagrały dwa kluby będące pod gwardyjskim patronatem. O dziwo, o wiele wyżej notowana była warszawska Gwardia, która na półmetku była wiceliderem tabeli.

O Gwardii Warszawa za komuny śpiewało się, że „to nie jest polski klub, to milicyjny klub”, tak samo jak o Olimpii Poznań. O Wiśle Kraków nikt tak nie śmiał śpiewać, mimo że Towarzystwo Sportowe było wówczas Gwardyjskie, kibice Białej Gwiazdy jak trzeba naparzali się w Nowej Hucie z ZOMO. Na spotkania przy Reymonta przychodziło przeważnie kilkanaście tysięcy widzów, podczas gdy na Racławicką dwa w porywach do ośmiu tysięcy – ta ostatnia liczba to na derby z Legią. A szkoda, bo Gwardia miała wówczas ekscytującą trójkę ataku, którą dziś pewnie reklamowano by jako BDB – Bardzo Dobrzy! – Krzysztof Baran – Dariusz Dziekanowski – Marek Banaszkiewicz. Pierwszy z nich miał niecałe 22 lata i osiem goli na półmetku (w tym hat-trick z Górnikiem Zabrze), drugi niecałe 20 lat i sześć goli, trzeci od tygodnia wtedy 26 lat (jak Marek Leśniak urodziny obchodził 29 lutego) i tyle goli co „Dziekan”. Banaszkiewicz, stosunkowo najmniej znany z tej trójki, za rok, po spadku Gwardii z ligi na trzy lata, przeszedł do Wisły Kraków. Innym związanym z oboma klubami aktorem tamtego meczu był późniejszy trener „Białej Gwiazdy”, jedynie pięć dni starszy od Dziekanowskiego, Dariusz Wdowczyk.

To może się wydać dziś niemożliwe, ale w barwach „Białej Gwiazdy” w tym spotkaniu wystąpili (oprócz jednego Jana Jałochy, pochodzącego z Gałkowic koło Sandomierza) sami piłkarze urodzeni w Krakowie, w zdecydowanej większości wychowankowie Wisły. Niemal jak zdobywcy Pucharu Europy z Celtiku Glasgow z 1967 roku, którzy jak głosi legenda, wszyscy urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Parkhead. Zresztą sześć lat przed omawianym meczem „Biała Gwiazda” wyeliminowała „Hoops” (z Kennym Dalglishem na boisku i Jockiem Steinem na ławce) z europejskich pucharów po dublecie Kazimierza Kmiecika, o którym prasa pisała wtedy „polski Cruyff”. Na tym meczu, w którym grał też Adam Nawałka, było ponoć 45 tysięcy widzów, najwięcej w historii obiektu przy Reymonta. Trochę mniej, bo 30 tysięcy, było na Wiśle podczas meczu z Malmoe FF na początku sezonu 1981/82. Mimo prowadzenia 1:0, Wiślacy przegrali 1:3. Kibice w komentarzu do postawy swych pupili ostatnie minuty meczu „oglądali”, odwracając się plecami do boiska.

Po zdobyciu mistrzostwa w 1978 roku, „Biała Gwiazda” rozpoczęła zjazd w dół, aż w końcu wylądowała w II lidze w 1985 r. Być może było zbyt miło i familijnie, tak o krakowskiej ekipie samych swoich pisał Andrzej Iwan w swej autobiografii pt. „Spalony”:

Wszystko robiliśmy razem, chociaż w słowie „wszystko” zawierały się największe idiotyzmy, jakie człowiek może wymyślić. (…) Braliśmy życie garściami” – pisze Iwan, określając „Dziunię” jako najbliższą mu osobę. Matka piłkarza zmarła wcześnie, wychowywali go wujek Ryszard Budka (przyjął jego nazwisko; naprawdę nazywał się Wróbel) i babcia.

Mecz z Gwardią, Wisła wygrała w cuglach, a „Tempo” w relacji meczowej podkreślało, że może trenerowi Mgr Wiesławowi Lendzionowi wreszcie uda się poskromić krakowskie gwiazdy i zmusić do ciężkiego treningu. Udało się średnio, bo na koniec „Biała Gwiazda” zajęła miejsce w połowie stawki, notując tak naprawdę tylko jeden dobry mecz w sezonie o czym później.  

07.03.1982, godz. 11.30, sędzia: Tadeusz Ingatowicz (Wrocław), widzów: 15 tys.

Wisła Kraków – Gwardia Warszawa 6:1 (4:0)

1-0 Andrzej Iwan (21)
2-0 Andrzej Iwan (25-głową)
3-0 Zdzisław Kapka (29)
4-0 Michał Wróbel (40)
5-0 Michał Wróbel (59)
5-1 Dariusz Dziekanowski (61)
6-1 Leszek Lipka (76)

Wisła: Adamczyk – Szymanowski, Skrobowski, Budka, Jałocha – Lipka, Kapka, Nawrocki – Krupiński (65′ Targosz), Iwan, Wróbel (75′ Kowalik). Trener: Wiesław Lendzion.

Gwardia: Rutkowski – Sodoma, Kraska, Pulikowski, Wdowczyk – Chełstowski, Sikorski, Kompa (79′ Szczepański) – Baran, Dziekanowski, Banaszkiewicz (10′ Wiśniewski). Trener: Henryk Szczepański.

Zamiast szczegółowego opisu spotkania znów fragment „Spalonego” Andrzeja Iwana.

Jesienią w Warszawie było 2:2 i Darek Dziekanowski zrobił się bardzo butny – zapowiadał zwycięstwo w Krakowie.

– Na pewno was ogramy na luzie – mówił mi.

– Wy? Minimum 3:0 dla nas. Minimum – powtarzałem.

– Zakład?

– Zakład. Że minimum trzema wygramy.

Mecz miał więc podwójną stawkę, bo trzeba było utemperować chłopaka.

Strzeliłem dwa pierwsze gole, potem dołożył Kapka i dwie Michał Wróbel.  Po 60 minutach 5:0. Dziekanowski odpowiedział honorową bramką, ale Lipka jeszcze poprawił na szóstkę.

Po meczu Darek przyszedł ze skwaszoną miną.

Inne wyniki 16. kolejki:

06.03

Bałtyk Gdynia – Pogoń Szczecin 0:0, godz. 15, widzów: 8 tys.

ŁKS – Lech Poznań 1:2 (Płachta 31 – Oblewski 18, Niewiadomski 77), godz. 15.30, widzów: 5 tys.

07.03

Stal Mielec – Arka Gdynia 3:0 (Buda 7, Ciołek 28, Frankowski 66), godz. 12, widzów: 14 tys.

Motor Lublin – Widzew Łódź 1:3 (Grzanka 24k – Boniek 54, Rozborski 64, Sajewicz 66), godz. 12, widzów: 24 tys.

Zagłębie Sosnowiec – Szombierki Bytom 2:1 (Woźnica 19, 24 – Kwaśniewski 67), godz. 11, widzów: 7 tys.

Górnik Zabrze – Ruch Chorzów 2:1 (Pałasz 30, 38 – Mikulski 89), godz. 15.30, widzów: 18 tys.

Legia Warszawa – Śląsk Wrocław 0:0, godz. 12, widzów: 12 tys.

Ekstraklasowa piłkarska wiosna zaczęła się w Trójmieście. Ostatni w tabeli Bałtyk podejmował liderującą Pogoń. U gospodarzy w najwyższej lidze zadebiutował w wieku 32 lat Zdzisław Puszkarz. Legenda sąsiedniej Lechii była jej wierna, ale przez lata bezskutecznie pukała do ekstraklasowych bram. W końcu sfrustrowany „Dzidek” w meczu II ligi ze Stilonem Gorzów tak pocisnął sędziego, że został ukarany 9 miesiącami dyskwalifikacji. Z opresji wybawił go trener Bałtyku, sopocianin Marian Geszke. W następnej kolejce w Bałtyku zadebiutował wypuszczony z więzienia, niegdyś bramkarz Wielkiego Widzewa, Stanisław Burzyński i na koniec sezonu „Stoczniowcy” uratowali się przed spadkiem.

Największą widownię zgromadził mecz w Lublinie, Motor przegrał z kretesem, a przez całą wiosnę wygrał tylko jeden mecz – z warszawską Gwardią 2:1 u siebie i w efekcie z hukiem spadł z ligi, tracąc zdecydowanie najwięcej bramek, bo aż 57. Trener Bronisław Waligóra był bezlitosny – Ligę przegrał mi bramkarz Opolski. Chyba sam go trochę „wsadził na konia”, gdyż na stoperze postawił przed Opolskim 19-letniego stopera, Modesta Boguszewskiego. Inny obrońca, Roman Dębiński (ojciec komentującego właśnie jakiś mecz dla Canal Plus, Rafała) bardziej skupiał się na atakowaniu – w całym sezonie zdobył sześć bramek i był drugim strzelcem zespołu. Chwilę wielkiego triumfu lublinianie mieli na jesień, gdy 3:0 pokonali u siebie Legię. Dwa gole w tym meczu strzelił Andrzej Pop (drugi najskuteczniejszy strzelec w historii RKS, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym w Lublinie w wieku 36 lat w 1989 roku), a jedną Tomasz Arceusz, który za trzy lata stał się Prometeuszem Legii. CWKS z kolei, pod wodzą Kazimierza Górskiego, zremisował u siebie bez bramek w wojskowych derbach, gorzej było cztery dni wcześniej gdy Legia uległa 0:1 przy Łazienkowskiej Dinamu Tbilisi, a około połowy publiki stanowili mundurowi – władza nie czuła się zbyt pewnie.

Kazik Staszewski pytany o najciekawsze wydarzenie, jakiego świadkiem był na stadionie Legii, od lat odpowiada, że było nim: wniesienie przez niejakiego „Fuzję” pół litra wódki na mecz z Dinamem i wypicie jej. Kto był na tym meczu, ten wie, iż ów młodzieniec dokonał niemożliwego.

W Legii nie było już Mirosława Okońskiego (grał w stolicy jeszcze na jesień), którego z powrotem do Lecha wykupili poznańscy prywaciarze.

– Zawdzięczam im bardzo wiele. Przyjechali takimi furami pod stadion Legii. „Luluś”, czyli Heniu Zakrzewicz miał wtedy pierwszego mercedesa w Poznaniu, wyłożyli swoje pieniądze. 26 poznańskich biznesmenów uzbierało i zwróciło Legii równowartość wynagrodzeń Okońskiego oraz pokryło jego zobowiązania wobec klubu z Łazienkowskiej.

„Mundek” szybko się spłacił, zdobywając, o dziwo prawą nogą zwycięską bramkę we wrocławskim finale Pucharu Polski z Pogonią Szczecin. Było to pierwsze z licznych trofeów zdobytych z „Kolejorzem” przez trenera Wojciecha Łazarka. W pokonanym polu został Jerzy Kopa, wcześniej przez trzy lata trener Lecha, który po trzyletniej kadencji w Szczecinie, na trzy lata objął Legię Warszawa. Za rok Puchar Polski trafił w równie godne ręce.

Wreszcie śląskie derby. Górnik prowadził 2:0 do przerwy, a osiągnięciem „Niebieskich” było odczarowanie po 713 minutach bramki Aleksandra Famuły. Bramkarz za rok podczas powrotu Górnika z tournée w Ameryce Płd. opuścił ekipę na lotnisku we Frankfurcie i wybrał wolność. Famuła odnalazł się w Karsluhe, gdzie nauczał bramkarskiego fachu Olivera Kahna.

Co było dalej?

Jak pisałem wyżej: Gwardia spadła z ligi za rok, Wisła za trzy lata. Wielu piłkarzy porobiło kariery gdzie indziej: Iwan – w Górniku Zabrze, potem w Bundeslidze, Skrobowski w Lechu, Nawrocki w Katowicach, Dziekanowski, Wdowczyk – w Legii i kadrze.

Jedna z gdyńskich ekip się uratowała, druga Arka miała mniej szczęścia i po porażce z Górnikiem Zabrze 0:1 na 23 lata opuściła Ekstraklasę. Nikt tego nie mógł wiedzieć, ale 9 czerwca 1982 legendarna „Górka” przy Ejsmonda po raz ostatni była świadkiem meczu najwyższej klasy rozgrywek. A za rok z okładem została jedyny raz zdobyta przez biało-zielone hordy – TUTAJ.

W meczu z Górnikiem grał Janusz Kupcewicz, który wkrótce okazał się czarnym koniem mundialu w Hiszpanii, po którym przeszedł do Lecha Poznań, gdzie grał tylko jeden sezon, ale to starczyło by znaleźć się w najlepszej „11” w historii „Kolejorza”. Na mundial pojechał też Andrzej Iwan, ale szybko złapał kontuzję i resztę turnieju spędził grając z Józefem Młynarczykiem w karty. Podobny los spotkał Jana Jałochę, który w trzecim meczu z Peru zszedł z boiska i wtedy rozwiązał się worek z bramkami. Jan jest stryjem Marcina Jałochy, srebrnego medalisty IO w Barcelonie w 1992 roku, który najlepsze lata zaliczył w Legii i dorobił się nawet pieśni: „Marcin Jałocha, Marcina Warszawa kocha”.

A ten jedyny udany mecz Wisły w tym sezonie? Poczytacie o nim na doskonałej wręcz stronie HistoriaWisly.pl. „Piłkarski Poker” to przy tym małe miki – KLIK.

Końcowa tabela sezonu 1981/82

1 WIDZEW ŁÓDŹ           30  39  14 11  5  45 31
2 Śląsk Wrocław         30  39  16  7  7  40 22
3 Stal Mielec           30  35  11 13  6  33 26
4 Legia Warszawa        30  35  11 13  6  39 29
5 Górnik Zabrze         30  33  13  7 10  35 27
6 Pogoń Szczecin        30  33  13  7 10  44 43
7 Gwardia Warszawa      30  32  12  8 10  36 34
8 Wisła Kraków          30  29   9 11 10  41 32
9 Zagłębie Sosnowiec    30  29   8 13  9  24 30
10 Szombierki Bytom      30  28  10  8 12  38 30
11 Lech Poznań           30  28  11  6 13  25 25
12 LKS Łódź              30  28  12  4 14  30 39
13 Bałtyk Gdynia         30  26   9  8 13  24 36
14 Ruch Chorzów          30  25   9  7 14  29 35
s 15 Arka Gdynia           30  22   7  8 15  16 37
s 16 Motor Lublin          30  19   6  7 17  34 57

Maciej Słomiński

  • Paweł Król

    Masa ciekawostek i cenna lekcja historii w jednym.

    • maciek sloma

      W sumie rzuca się w oczy, że mecze raczej wcześnie, pewnie władza chciała wszystkich widzieć w świetle dziennym 🙂

  • Grzegorz Ziarkowski

    I tytuł został w Łodzi 🙂 ostatnia kolejka to był istny kryminał – Pawłowskiemu do dziś pamiętają niestrzelonego karnego w meczu z Wisłą…

    • maciek sloma

      Pamiętają, ale i tak jest legendą, a obecnie wręcz trenerem WKS.

  • Grzegorz Ziarkowski

    Ale bez tego niestrzelonego karnego nie byłoby kilka miesięcy później meczów Widzew – Rapid Wiedeń i Widzew – Liverpool, wreszcie półfinału z Juventusem…

    • maciek sloma

      Może byłby Śląsk – Juventus 🙂

      • Grzegorz Ziarkowski

        A w życiu 🙂

  • Piciarm

    witam
    retro niezłe tyle informacji że nie wszystko zmieściłem he, he
    pozdrawiam

  • Piciarm

    „Spalony” – fajna książka Andrzeja Iwana.