Retro. Zamknięcie Włókniarza Pabianice

Czy można ot tak z dnia na dzień zamknąć na klucz kilkusekcyjny klub sportowy? Nad Dobrzynką udowodnili, że można…

30 lat temu koszykarki, piłkarze i szczypiorniści Włókniarza jak zwykle przyszli do hal i na boiska, by rozpocząć kolejny trening. Wszyscy pocałowali klamkę. Na drzwiach i bramach znaleźli kłódki i kartkę z informacją, że „Z dniem 1 marca 1994 roku MRKS Włókniarz zawiesza swą działalność statutową ze względu na brak środków”.

Sportowcy dali radę
Paradoksalnie w ligowych tabelach wszystko wyglądało dobrze. Koszykarki były wicemistrzyniami Polski, zajmowały trzecie miejsce w lidze przed pierwszą rundą fazy play-off, gdzie czekała je rywalizacja z warszawską Polonią. Piłkarze byli rewelacją jesieni, zajmowali szóste miejsce w grupie wschodniej drugiej ligi. Szczypiorniści byli na czwartym miejscu w drugiej lidze, z czterema punktami straty do wicelidera. Dlaczego więc działacze postanowili zamknąć klub?

Wyniki sportowe okazały się świetną zasłoną dymną dla tego, co działo się we Włókniarzu. A od dawna działo się źle. W klubowej kasie permanentnie brakowało pieniędzy. Upadające zakłady włókiennicze nie były już tak hojne jak kiedyś. Sprytni działacze postanowili zatem wyciągać rękę po pieniądze z miejskiej kasy, nie szukając przy tym żadnego sponsora. Być może czuli podskórnie, że ich wiarygodność, wielokrotnie kwestionowana choćby przez piłkarzy, jest niewielka. Ówczesny prezydent Pabianic Marek Firkowski twardo stał na stanowisku, że miasto może przejąć jedynie obiekty i włączyć je w struktury Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Do wyczynowego sportu nie chciał dokładać ani grosza z miejskiej kasy.

Włókniarz generował długi na niespotykaną skalę. W klubowej kasie brakowało aż siedmiu miliardów złotych. Nie było pieniędzy na wypłaty, delegacje, paliwo do klubowych autokarów. Koszykarkom, piłkarzom nożnym i piłkarzom ręcznym realnie groziło wycofanie z rozgrywek. Byłby to mało spektakularny upadek klubu z niemal 50-letnią tradycją.

Długi, kłamstwa i brak perspektyw
Taką sytuacją byli zdenerwowani trenerzy i zawodnicy, którzy nie mogli skupić się na tym, co najważniejsze – treningach i meczach. Jako pierwsi reagowali działacze sekcji koszykówki, którzy 10 stycznia 1994 roku powołali do życia Miejskie Towarzystwo Koszykówki „Włókniarz”. Na czele zarządu stanął Zbigniew Grzanka, zaś sponsorem zostało towarzystwo ubezpieczeniowe „Heros”. Po raz pierwszy od wielu lat na koszulkach koszykarek nie widniało logo ani nazwa klubu, lecz nazwa sponsora. Zawodniczki chciały przejść do nowego klubu, lecz ich karty zawodnicze były ciągle własnością „starego” Włókniarza. Ich wartość szacowano na cztery miliardy starych złotych. Zadłużony po uszy klub nie chciał dobrowolnie zrezygnować z tak dużych pieniędzy. W dodatku trenerzy koszykarek, Adam Zimiński i Mirosław Trześniewski, poszli do sądu z pozwem przeciwko Włókniarzowi, bo nie widzieli pensji od trzech miesięcy. Zawodniczki otrzymały należności ze specjalnej puli Urzędu Miasta.

Piłkarze odmówili trenerowi Zbigniewowi Lepczykowi wyjazdu do Bydgoszczy. Nie chcieli grać za uścisk dłoni prezesa, czekali na wypłacenie zaległych pieniędzy. Ośmiu z dwunastu zawodników podziękowało za wyprawę na obóz. Wyszło też na jaw, że klub nie ubezpieczył piłkarzy. Pomocnik Sławomir Kuc nabawił się na treningu kontuzji i po zdjęciu gipsu z nogi dowiedział się, że nie ma szans na odszkodowanie. Zdesperowani zawodnicy zwołali konferencję prasową, podczas której nie zostawili suchej nitki na działaczach. Lista zarzutów była bardzo długa: skandaliczne warunki podczas zgrupowania w Lądku-Zdroju, gdzie do jedzenia podawano jedynie odsmażane kartofle i kiszone ogórki, mamienie obietnicami spłaty długów, brak odżywek, sprzętu, butów, przekazywanie zysków z ich meczów na sekcję koszykarek…

Dość obietnic bez pokrycia mieli także piłkarze ręczni, których ledwie ośmiu (w tym trzech juniorów) zgłosiło się na treningi w zimowej przerwie. W sekcji zlikwidowano stypendia, z funkcji trenera zrezygnował Bogumił Malinowski. Nowy trener Krzysztof Karbownik z trudem mobilizował swoich podopiecznych do dogrania rundy rewanżowej.

Jakby tego było mało, oliwy do ognia dolał także legendarny trener koszykarek (doprowadził je do czterech tytułów mistrza Polski w latach 1989-1992) Henryk Langierowicz, który stwierdził, że klub od dawna powinien skoncentrować się na utrzymaniu wiodącej sekcji koszykówki, a nie inwestować w piłkarzy czy szczypiornistów. We Włókniarzu wrzało…

Co było dalej?
2 marca 1994 roku całą Polskę obiegły telewizyjne migawki koszykarek rozciągających się przy drabinkach w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 16. Następnego dnia zawodniczki znów nie weszły do hali, trenując w SP 14. „Upychano” je w planach na wolnych godzinach lekcyjnych. Zajęcia prowadził trener Zimiński, jednocześnie będąc na… bezterminowym urlopie bezpłatnym. Zdesperowany trener chciał o pomoc poprosić działaczy ŁKS-u i mecze z warszawską Polonią rozegrać w hali w Łodzi tuż przed pojedynkami ŁKS z Włókniarzem Białystok. Na szczęście klucz do kłódki zamykającej halę koszykówki się znalazł i koszykarki zagrały w Pabianicach.

Piłkarze rozegrali sparing ze Świtem Mowy Dwór Mazowiecki na boisku Orła Łódź (Retro. Zimowy turniej Orła Łódź 1993 – SlowFoot – O piłce z wolnej stopy). Tam też trenowała garstka zawodników pod okiem trenera Zbigniewa Lepczyka.

Najgorzej na całym zamieszaniu wyszli piłkarze ręczni. Pierwszy raz od początku istnienia sekcji, czyli 38 lat, nie pojechali na ligowy mecz do Głogowa. W kasie klubu nie było pieniędzy na delegacje – zawodnicy nie chcieli jechać na mecz własnymi samochodami (mieli tankować je za swoje pieniądze) i żywić się zrobionymi w domu kanapkami. Na kolejny wyjazd do Gryfina szczypiorniści także nie pojechali. Problemem okazał się brak autokaru. Jedyny sprawny klubowy autokar zawiózł piłkarzy do Krosna. Szczypiornistom jako alternatywę przedstawiono kilkunastogodzinną podróż pociągiem. Zawodnicy grzecznie podziękowali i oddali mecz walkowerem.

28 marca 1994 roku na nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu uczestnicy podjęli decyzję o likwidacji klubu. W miejsce Międzyzakładowego Robotniczego Klubu Sportowego Włókniarz powstały MTK i MKS Trzy Korony (z piłką nożną i piłką ręczną). Zdecydowano, że Włókniarz bezpłatnie przekaże im zawodniczki i zawodników. Od 1 kwietnia 1994 roku działała w klubie komisja likwidacyjna, która wyprzedawała wszystko, co się dało, by spłacić długi wobec pracowników i zawodników. Do końca sezonu 1993/94 MTK i MKS Trzy Korony mogły używać nazwy Włókniarz.

Co pisali w Polsce?
Wydarzenia z Pabianic głośnym echem odbiły się w sąsiedniej Łodzi i w kraju.

„Przegląd Sportowy” na pierwszej stronie ogłosił: „Włókniarz zamknięty na cztery spusty”. W krótkiej notatce największy polski dziennik sportowy poinformował, że „obiekty zostały zamknięte, pracownikom, którym kończyły się kontrakty zostały wypowiedziane umowy o pracę, zaś pozostali są na płatnych lub bezpłatnych urlopach wypoczynkowych”.

W „Gazecie Wyborczej” informacja znad Dobrzynki pod tytułem „Włókniarz zamknięty” pojawiła się tuż obok wyników z Ligi Mistrzów. Łódzki korespondent GW porozmawiał z ówczesnym rzecznikiem prasowym prezydenta miasta, który stwierdził: „Działacze Włókniarza domagają się jednak finansowania sportu wyczynowego, na co nie możemy się zgodzić. Staramy się w miarę możliwości pomagać sportowcom, ale w mieście są pilniejsze wydatki niż na drugoligowych piłkarzy. Ostatnio Włókniarz dostał 200 mln zł, z czego 160 przekazano koszykarkom. Przypominam sobie, jak obecny zarząd na początku swojej działalności deklarował, że nie będzie brać pieniędzy z kasy miasta”.

„Skandal w Pabianicach!” – grzmiał z kolei „Dziennik Łódzki”. „Tego w historii łódzkiego sportu jeszcze nie było. Kiedy wczoraj koszykarki pierwszoligowego Włókniarza Pabianice przyszły na trening zostały kompletnie zaskoczone. Wejścia do klubowego budynku zamknięte były na klucz. (…) Podobny los spotkał piłkarzy, którzy również nie mogli wejść na płytę boiska.

Łódzki „Express Ilustrowany” poinformował, że „Włókniarz Pabianice zawiesił działalność”. Redaktor Michał Strzelecki napisał: „Zarząd Włókniarza Pabianice na posiedzeniu w dniu 28 lutego postanowił zawiesić, aż do odwołania, swą statutową działalność. Co się za tym lakonicznym stwierdzeniem kryje? Bardzo wiele. Zawieszenie statutowej działalności klubu jest równoznaczne z zaniechaniem prowadzenia przez niego jakiejkolwiek merytorycznej działalności sportowej czy gospodarczej. Tym samym wszystkie obiekty sportowe zostały zamknięte na cztery spusty.

Łódzkie „Wiadomości Dnia” w artykule „Pabianickie harakiri. Sport bez Włókniarza?” przypominały, że „Przez wiele lat Włókniarz był przykładem dobrej roboty. Henryk Langierowicz i zarażeni jego entuzjazmem działacze oraz szkoleniowcy zbudowali tu prężny ośrodek koszykówki. Zdobywał on medale mistrzostw Polski we wszystkich kategoriach. Za sprawą koszykarek nazwę Pabianice poznała sportowa Europa. Na solidnym poziomie grali w II lidze piłkarze i szczypiorniści. To wszystko ma iść w zapomnienie? Czekamy na reakcję miasta, władz sportowych. Trudno uwierzyć, że ten pogrzeb może się odbyć.

Jak jest dzisiaj?
Teoretycznie najlepiej radzą sobie koszykarki, które pod szyldem Grot F&F Automatyka Pabianice grają w pierwszej lidze, czyli na drugim poziomie rozgrywkowym. W tym sezonie pabianiczanki awansowały do play-offu. O awans do Ligi Centralnej (drugi poziom rozgrywkowy) walczą szczypiorniści, grający pod nazwą Pabiks Impact. Są wiceliderem grupy C pierwszej ligi.

Najgorzej historia obeszła się z piłkarzami Włókniarza. „Zieloni” od 2015 roku kopią w „okręgówce”, wcześniej grali nawet w A-klasie. Pabianice nie widziały drugiej ligi piłkarskiej właśnie od 1994 roku, choć wcześniej chrzest bojowy na stadionie Włókniarza musiało przejść wielu uznanych ligowców.

Grzegorz Ziarkowski