Seans filmowy. Legendy LaLiga

Wybrałem dwa odcinki: o Hugo Sánchezie i Ronaldo. Fajna seria, choć pozostawiająca lekki niedosyt. A przynajmniej dwa odcinki, o których tu mowa.

W oryginale nazywa się to „90 Years of Stories”, powstało z okazji 90. urodzin ligi hiszpańskiej i oparte jest na pomyśle Enrique Ortego (dziennikarza „Asa” i „ABC”, autora książek m.in. o Ikerze Casillasie i Cristiano Ronaldo), u nas leci dzięki nieocenionemu Eleven Sports. Bohaterami cyklu są również m.in. Javier Irureta. Leo Messi i Jorge Valdano.

Pamiętam, jak dawno temu czekałem na wiadomości sportowe w tv z nadzieją, że znów pokażą Hugo Sáncheza strzelającego bramkę i robiącego przewrotkę po niej. To było coś. Przebicia w pamięci z czasów, gdy można było pomarzyć o zobaczeniu wielkiej piłki na ekranie telewizora.

Krótki film o jednym z najwybitniejszych napastników w historii Primera División ogląda się z wielką przyjemnością. W Meksykaninie nie ma nic z gwiazdora. Siedzi i spokojnie opowiada lub spaceruje po wystawie, podziwiając lub zastanawiając się nad wartością czy sensem widzianego dzieła sztuki (fajny pomysł). Widać, że były zawodnik Atlético Madryt nie należy do tych zawodników, którzy – jak miał stwierdzić Fabio Capello – myślą, że van Gogh to stoper PSV.

Wielką zaletą tego dokumentu są archiwalia oraz ciekawostki z kariery Sáncheza. Dowiadujemy się m.in., że nasz bohater był blisko transferu do Barcelony, że musiał pokombinować, aby z Vicente Calderón trafić na Santiago Bernabéu, że wszystkie 38 goli, które dały mu Trofeo Pichichi w sezonie 1989/1990, zdobył po uderzeniach z pierwszej piłki. Nie było takiego króla strzelców i może już nie będzie.

Świetnie się to ogląda i nagle… koniec. A przecież wychowanek UNAM jeszcze parę lat w Realu pograł (historia kończy się na rekordowych rozgrywkach), a po kolejnym etapie kariery (meksykańska América) do La Liga wrócił. No cóż, dobre i tych 20, nagle uciętych minut. 61-letni dziś Hugo Sánchez Marquez był genialnym piłkarzem. Nie pamiętałem o tym, że kapitalnie wykonywał rzuty wolne.

Czasem w necie trafiam na jedenastkę piłkarzy, których „nie można nie lubić”. Oczywiście zawsze znajdę dwóch- trzech, na których ledwo mogłem czy mogę patrzeć. Wydaje mi się jednak, że zawodnikiem, którego naprawdę nie sposób nie lubić, jest Ronaldo Luís Nazário de Lima. Jeśli nie uwielbiasz tego piłkarskiego geniusza i jego rozbrajającego uśmiechu, jesteś kawał buca, i tyle.

Historia Brazylijczyka – kolejnego bohatera serii – nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak jego starszego kolegi z Meksyku. Wynika to pewnie z faktu, że Ronaldo po prostu o wiele lepiej pamiętam. Poza tym Brazylijczyk jest przecież większościowym udziałowcem Realu Valladolid, więc musi występować poniekąd w roli ambasadora La Liga Santander, i trudno, żeby powiedział to, co naprawdę myśli np. o hiszpańskich arbitrach.

Ależ to był napastnik. W Barcelonie był fenomenalny, nie do zatrzymania, a ładnych parę lat później, w Realu Madryt, też – mimo że ważył zdecydowanie za dużo – grał kapitalnie. Szkoda, że ten geniusz nigdy nie zdobył Pucharu Europy. Koledzy z boiska mówią o nim w samych superlatywach. Również Fernando Morientes, którego Il Fenomeno posadził na ławce (ponoć podczas meczu przeciwko Borussii Dortmund, gdy Vicente del Bosque w samej końcówce chciał posłać Morientesa na boisko w miejsce Ronaldo, hiszpański napastnik powiedział: „Sam sobie wchodź, skurwysynu”. A to przecież jedna ze spokojniejszych gwiazd piłki, jakie pamiętam). Co ciekawe, niemal wszyscy w tym dokumencie lecą w śpiewkę „Ile by osiągnął, gdyby nie te kontuzje!”, tylko sam Król twierdzi, że te pozwoliły stać mu się lepszym zawodnikiem i lepszym człowiekiem.

Na marginesie, zauważyłem, że wielu kibiców nie potrafi normalnie mówić o Ronaldo. On jest albo „prawdziwy” (jakby Cristiano był zrobiony z pleksiglasu), albo „gruby”.

Marcin Wandzel

PS Trochę zamarudziłem z wrzucaniem tego tekściku i w międzyczasie obejrzałem jeszcze jeden film z serii, o Francisco Gento Lópezie, znanym wszystkim jako Paco Gento legendarnym, niezwykle szybkim zawodniku Królewskich, który na koncie ma 12 wygranych lig oraz sześć Pucharów Europy. Były zawodnik Racingu Santander pochodzi z wybitnie usportowionej rodziny (np. jego dwaj bracia, śp. Julio i Antonio, grali też w piłkę – drugi również w Realu, a w Atlético występuje przecież bohater niedawnego rewanżu na Anfield Marcos Llorente, wnuk Paco Gento).

Największy smaczek tego krótkiego dokumentu to archiwalia. Wielokrotnie słyszymy w nim, że nie ma co porównywać starego futbolu z dzisiejszym, ale patrząc na czarno-białe filmy, trudno wątpić w to, że Gento czy Alfredo Di Stéfano raczej nie tułaliby się dziś w Segunda División.

Ogląda się to wszystko bardzo dobrze, zwłaszcza że osoby hiszpańskojęzyczne zdają się niemal zawsze mówić bardzo płynnie. I tylko miło by było, gdyby ktoś w Eleven Sports bardziej postarał się przy tłumaczeniu na polski. Nie wypada honorowemu prezesowi Realu Madryt kasować fragmentów wypowiedzi.

MW