Seans piłkarski (125). Franz. Historia Franciszka Smudy
Lubię trenera Smudę. Po miniserialu Canal+ nawet bardziej.
Był czas, gdy byłem na Franza (nie uważam, żeby pisanie przez mnie o byłym trenerze Widzewa per „Franz”, jak o koledze, było niestosowne – to kozacka ksywa) obrażony. Trochę to trwało, pewnie było pochodną fatalnego (niczym grafika na zdjęciu głównym) Euro 2012. No ale jak tu ma nie wrócić sympatia do faceta, który na zaczepkę jednego z największych buców polskiej piłki, Bogusława Leśnodorskiego, odpowiedział: „Jak grałem w Lidze Mistrzów, to on pod szafę z nocnikiem wjeżdżał”.
„Franz” to liniowa opowieść: od dzieciństwa po nieudaną przygodę z kadrą. Pominięto samą końcówkę kariery Smudy, gdy ten trafiał do coraz gorszych klubów. Może i dobrze. W końcu to, co spotkało urodzonego 22 czerwca 1948 w Lubomii trenera, gdy pełnił rolę selekcjonera, było wystarczająco przykre.

„Oho! Hagiografia” – pomyślałem dość szybko. Serial zaczyna się, jak wspomniałem, od życia małego Frania, więc o naszym bohaterze opowiadają bliskie mu osoby, a że nasz był on kochany (rodzina) lub lubiany (znajomy), to z ekranu płynie wiele ciepłych słów.
Ale potem jest inaczej, bowiem trenerskie życie Franza (i pozasportowe też: będąc w Stanach stracił 250 tys. dolarów, dając się nabrać niejakiemu Tedowi Miodonskiemu; ten motyw też się pojawia) to były wzloty i upadki.
Miał niewielki talent do piłki, ale ambicję Cristiano Ronaldo, dlatego załapał się do silnej wtedy Stali Mielec, a potem do Legii Warszawa. Gdy wyjechał do wspomnianych USA, miał przyjemność w San Jose Earthquakes biegać po boisku z samym George’em Bestem. Tak czy siak, musiało mu ciążyć to, że nie nadąża za lepszymi od siebie. Ani w Stali, ani w Legii się nie zadomowił.
Dziś, gdy dowiadujesz się, że Smuda pozwalał nawet na cztery piwa po meczu (wiadomo, nie po przegranym czy o pietruszkę) albo że stosował te same obciążenia dla każdego zawodnika, łapiesz się za głowę. Ale gdy za pierwszym razem trafił do Widzewa po doświadczeniu zdobytym w Niemczech, był wyróżniającym się fachurą na naszym rynku trenerskim. No i przyniosło to efekty. Kto wie, jak wypadłoby RTS w Lidze Mistrzów, gdyby Franz miał do dyspozycji normalną kadrę, nie absurdalnie małą.
Podoba mi się to, że w serialu nie pojawiają się żadni dziennikarscy influencerzy czy byli piłkarze, przez których przełączam na inny kanał. Żaden Kowalczyk, Kosecki czy Hajto. Jest co prawda Grzegorz Lato, bodaj najbardziej koszmarny szef PZPN-u w historii (choć obecnemu też niczego nie brakuje), ale król strzelców MŚ mało mówi i się wyróżnia – jest, obok Kamila Kosowskiego, najbardziej krytyczny wobec Smudy.

„Franz” jest dobrze zrobiony, archiwalia nie pozwalają oderwać wzroku. I te klasyczne (słynne 3:2 Widzewa z Legią), i te, które widziałem po raz pierwszy. Tych sześć odcinków po 25 minut świetnie się oglądało, więc gdy zacząłem pisać tę recenzję, myślałem, żeby były tylko cztery. Chyba jest w sam raz. Oczywiście, ktoś może mieć niedosyt, że – jak wspomniałem – pominięto końcówkę trenerskiej kariery Franciszka Smudy, ktoś może o coś innego, ale na tle wielu nijakich sportowych dokumentów ten to świetna robota.
Franz nie był mistrzem mowy polskiej, wiele jego lapsusów to klasyka. Podobnie jak Lech Wałęsa, miał jednak niezwykłą wyobraźnię językową. Niektórzy pięknie mówią, tyle że nie zapamiętasz ani słowa. Zresztą media, wykorzystując pomyłki Smudy, robiły z niego głupka. Jak choćby przy okazji słynnej wypowiedzi, że wystarczy, iż widzi, jak piłkarz idzie po schodach, żeby wiedzieć, czy się nadaje. A przecież – mamy to zresztą w serialu – powiedział to niemal z szelmowskim uśmiechem, dając do zrozumienia, że ma nosa do zawodników. No ale cóż, media są, jakie są. Lepsze nie będą, skoro nawet te, co to chyba chcą uchodzić za inteligenckie, do roli eksperta zapraszają Jakuba Koseckiego.
Co najbardziej poruszyło mnie we „Franzu”, to miłość, jaką darzą Trenera jego bliscy. „Fajnie było mieć takiego brata” – mówi Jan Smuda. Żona, Małgorzata Drewniak-Smuda, pojawia się dopiero w ostatnim odcinku. Łamie się jej głos, gdy mówi o mężu, pojawiają się łzy. Krakowski przyjaciel Smudy, Jerzy Fedorowicz, mówi (cytuję z pamięci): „Naszykuj dla mnie, Franiu, miejsce w niebie. I dla prawdziwych kibiców Wisły”.
Mnie, który śledzi ekstraklasę od lat (chyba że się na nią obrażę albo Górnik Zabrze spadnie), Franciszek Smuda też jest bliski. Na przełomie wieków nie było w niej bardziej charyzmatycznej postaci.
Oby w niebie lali dobre piwo.
Miniserial (6 odcinków) „Franz. Historia Franciszka Smudy” do obejrzenia w serwisie Canal+ online.








