Seans piłkarski (53). Rooney: The Man Behind the Goals

Może kibice MU się obrażą, ale uważam, że Wazza to niespełniony talent angielskiej piłki.

Wszedł do Premier League bez kompleksów. Nastolatek nie siedział cicho, nie czekał, aż starsi pozwolą mu poszaleć, tylko z miejsca pokazał, że nie jest w niczym gorszy od najlepszych zawodników w lidze.

Chłopak z nieciekawej dzielnicy miał wybitną technikę, ukierunkowaną na to, by zrobić rywalowi krzywdę. Przyjęcie, zwód, strzał nie do obrony. Bywali bardziej efektowni, ale co z tego? W piłce idzie o skuteczność, nie o cyrkowe sztuczki.

Szybka kariera dla zwyczajnego chłopaka oznacza zazwyczaj sodówkę. Pamiętam, że czytałem jakiś artykuł, z którego można się było dowiedzieć, że Rooney był tak bardzo znudzony, że prostytutkom kazał zakładać gumiaki. Coleen, żona napastnika MU, ledwie wspomina, że mężowi odbiło swego czasu.

No właśnie, Coleen – z nienaturalnie białymi zębami – wydaje się być głową rodziny, choć Roo zaprzecza, śmiejąc się z takiego stwierdzenia. Jego żona, która – trzeba przyznać – nie miała łatwego życia z byłym graczem Evertonu, wypada bardzo dobrze.

No właśnie, sam nie wiem, którego Wazzę lubię bardziej: tego starego, któremu nadmiar gotówki pomieszał w głowie, ale też świetnie grającego w piłkę, czy też obecnego: wyciszonego, pokazywanego jako spokojna głowa rodziny, lecz coraz gorzej kopiącego futbolówkę i będącego poniekąd symbolem obecnej degrengolady Manchester United.

roo croxteth

No więc Wayne oprowadza po swym świecie Gary’ego Linekera, a tym światem jest Croxteth, przedmieście Liverpoolu, ubogie zresztą. Może to głupie, ale oglądając ten udany dokument BBC (świetne są m.in. archiwalne filmy), pomyślałem o Kurcie Cobainie. Wokalista i gitarzysta Nirvany nie poradził sobie z życiem, gdyż nienawidził popularności, był gościem z z małego miasta. Rooney pewnie nie strzeli sobie w głowę, ale pewnie lepiej czuje się w Croxteth niż na gali FIFA.

„The Man Behind the Goals” nie wznieca pożaru. Jest udanym dokumentem o angielskim dobru narodowym, które w historii występów w reprezentacji Anglii zdobyło więcej bramek niż Bobby Charlton. A dobro musi być… dobre, wzbudzać sympatię. Chyba jednak lepszy dziś jest Rooneya człowiek, niż Rooney piłkarz, bo – obym się mylił – nie jest to zawodnik w tej chwili na tyle dobry, by poprowadzić Anglię do sukcesów.

A nieco nieśmiałego napastnika Czerwonych Diabłów trudno nie lubić, gdy mówi np. o swym hobby, czyli kolekcjonowaniu gitar (jedną z nich podarował mu Noel Gallagher z Oasis, malując wcześniej w barwy Manchester City) i o tym, jak wraz z Juanem Matą i Davidem de Geą grali w swym „zespole muzycznym”.

Fajny chłop. Szkoda, że nogi już nie te.

A może brak mu pewności siebie Cristiano Ronaldo? Portugalczyk z wrodzoną skromnością stwierdza: „Moje gratulacje. Wiem, jak trudno jest być numerem jeden”. Prosto i na temat.

„Rooney: The Man Behind the Goals” (reż. Tim Mackenzie-Smith; Wielka Brytania 2015; 89 min.)

Marcin Wandzel