W telewizji mówią (11). Soccerbox Gary’ego Neville’a (Steven Gerrard)

Nazwa cyklu jest tak beznadziejna, że od razu wyjaśniam, skąd się wzięła:

„Soccerbox Gary’ego Neville’a” – dwóch kolegów siedzi i gada. I nie najgorzej to wychodzi.

Gospodarzem – Gary Neville (legenda Manchester United, osiągnięcia niby niewspółmierne do umiejętności), gościem – Steven Gerrard (legenda Liverpoolu, osiągnięcia też niby niewspółmierne do umiejętności).

Piszę „niby”, bo nie lubię tego typu gadania: „mógł osiągnąć więcej” albo „jakim cudem tyle ugrał”. Gdyby mógł, pewnie by osiągnął. Jakimś cudem ugrał; raczej nie dostawał szans, bo miał ładną fryzurę i szczery uśmiech. Inna sprawa, że Gary Neville ewidentnie nie był obrońcą z mojej bajki, nie do końca kumałem, co widzi w nim Alex Ferguson.

Zaraz odezwą się zwolennicy „enerdowskiego futbolu”, obecni również na Slow Foot – że jak to, nie znasz się. Pewnie się nie znam, ale akurat oglądanie go było atrakcją na miarę słuchania komentarza Grzegorza Mielcarskiego. No ale ogólnie szacunek za to, co osiągnął, i za to, że potrafi się wypowiedzieć, mimo że często zagrywał piłkę głową.

– Ty, a pamiętasz, jak ci zaproponowałem transfer na Old Trafford?

No a Stevie G.? Też wierny jednemu klubowi (choć flirtował z innym, czego żałuje), świetny pomocnik, choć nie tak wybitny, jak chcieliby go widzieć fani LFC. Ale jednak to jedno mistrzostwo mu się należało.

Co z tego, skoro w najważniejszym momencie się poślizgnął i będzie mu to co roku wypominane w setkach memów, do usranej śmierci. Zresztą obecny trener Rangers FC, klubu nazywanego przez naszych niezłomnych dziennikarzy „Glasgow Rangers”, sam zwierza się Neville’owi, że ta zadra już zawsze będzie tkwić w jego sercu. Finał w Stambule, niemożliwa wygrana z Milanem? Piękna sprawa. Ale nigdy nie dojdę do siebie po jednej durnej sekundzie, kiedy noga ujechała mi w meczu przeciwko The Blues.

Sam program jest w porządku. Dość długi, ale oglądałem go z przyjemnością. Po prostu lubię i prowadzącego, i jego gościa, i przede wszystkim starą Premier League. Już o tym pisałem: wolę Harry’ego Redknappa od Pepa Guardioli, wolę dawnego, błyskotliwego Andrzeja Twarowskiego od obecnego suchara.

No więc Neville wspomina wraz z Gerrardem, omawiają karierę pomocnika The Reds. Jest dużo archiwaliów, obaj panowie dobrze się czują przed kamerą, tak że całość wypada naprawdę dobrze. Dla mnie ważne jest również wrażenie, że oglądam dwóch normalnych gości – wiadomo, sławnych i mających kasę, od której pewnie bym zwariował – ale jednak normalnych. Nie ma tu drogich gajerów, debilnych fryzur, prężenia muskułów itp.

Jedyne, co może przeszkadzać, to śmiech Neville’a – czasem zupełnie z dupy. No ale najwyraźniej bawi go byle co.

Tak wygląda sukces. Siedzisz wygodnie ubrany i gadasz w tv z kolegą o jego sukcesach i porażkach. Możesz mu pogratulować, możesz wbić szpilę. Bez zadęcia, tony pudru i krawata za pięć pensji. Następny w kolejce do obejrzenia odcinek z Wayne’em Rooneyem. Wbrew pozorom Roo też może dobrze wypaść. Zresztą tych odcinków jest od groma. Sam najchętniej zobaczyłbym ten z Dimityrem Berbatowem. Trzeba poszukać.

***

Do obejrzenia w Canal Plus.

Marcin Wandzel