Wczorajszy mecz. Lech Poznań – FC Basel 1:3

Krótko. Bo o czym tu gadać?

Nie wiem w sumie czemu, ale lubię Lecha. Pawłowskiego, Buricia, Kamińskiego… Nawet Skorża teraz mniej działa mi na nerwy. Może dlatego podchodziłem do dwumeczu z FC Basel z lekkim optymizmem. Sensu wiele takie podejście nie miało. Przecież Szwajcarzy przed rokiem awansowali do fazy pucharowej LM kosztem Liverpoolu.

Może tak już jest, że jak człowiek nie słyszy o drużynie z Hiszpanii, Anglii czy Niemiec, zaczyna się łudzić.

***

Premier League oglądam tyle, ile mogę, i jakoś nie trafia do mnie Anthony Taylor. Nie chce mi się teraz po raz kolejny oglądać akcji, po której angielski sędzia wyrzucił z boiska Tomasza Kędziorę, ale jeśli obrońca Lecha nie zahaczył nóg zawodnika FC Basel, to był to – jak mawiał Wit Żelazko – faul „miękki”. W Anglii pewnie Taylor nie gwizdnąłby. No i ta czerwona kartka. Żółta nie wystarczy?

***

Patrząc na wyjazdowy mecz Jagiellonii z Omonią, miałem wrażenie, że piłkarze Michała Probierza nie wytrzymali psychicznie. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Dzalamidzemu odskakuje piłka?

Podobnie było chyba z Lechem. Goście grali nieco nonszalancko (trudno ich obronę nazwać monolitem), ale w sumie na luzie. Gospodarze niby dobrze, ale tak, jakby bali się, że jak bardziej „depną”, to zaraz dostaną „trójkę” i cześć.

***

Byłem tak pozytywnie nastawiony do tego meczu, że dobrze słuchało mi się nawet Marcina Żewłakowa. Były napastnik reprezentacji Polski ma tendencję do używania przekombinowanych fraz, ale jednak robi wrażenie myślącego gościa. Szkoda trochę, że i jemu, i Jackowi Laskowskiemu (fajny motyw z wspomnieniem swojego Taty) brakuje poczucia humoru.

***

Ani Lech nie zagrał koszmarnie, ani FC Basel rewelacyjnie. Gdy pomyśli się na spokojnie o tym meczu, to przecież remis był w zasięgu. No ale skończyło się na 1:3. Ot, różnica między drużyną z kraju, który ostatni raz zagrał w Lidze Mistrzów 150 lat temu, a krajem, który się w niej zadomowił.

Szymon Pawłowski strzelił piękną bramkę (zaliczoną Thomalli, bo sędziowie uznali, że po strzale Polaka piłka nie przekroczyła linii bramkowej), a Jasmin Burić obronił „jedenastkę”. Dwa plusy na 90 minut to jednak za mało.

***

Czy porażka lechitów na boisku boli mniej niż pozaboiskowa wtopa Legii z ubiegłego roku? Chyba nie.

***

III runda kwalifikacji Ligi Mistrzów

29 lipca 2015, Inea Stadion w Poznaniu

Lech Poznań – FC Basel 1:3 (1:1)
0:1 Michael Lang 34
1:1 Denis Thomalla 35
1:2 Mark Janko 77
1:3 Davide Callà 90

Sędziował: Anthony Taylor (Anglia).

Czerwone kartki: Tomasz Kędziora 66 – Thaulant Xhaka 90.

Widzów: 25 478.

Lech Poznań: Jasmin Burić – Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński, Tamás Kádár, Barry Douglas – Dariusz Formella (69. Kebba Ceesay), Karol Linetty, Łukasz Trałka, Kasper Hämäläinen (75. Gergő Lovrencsics), Szymon Pawłowski – Denis Thomalla (55. Marcin Robak). Trener: Maciej Skorża.

FC Basel: Tomáš Vaclík – Michael Lang, Daniel Høegh, Marek Suchý, Behrang Safari – Shkëlzen Gashi (75. Davide Callà), Zdravko Kuzmanović (87. Mohamed Elneny), Taulant Xhaka, Luca Zuffi, Birkir Bjarnason – Breel Embolo (62. Marc Janko). Trener: Urs Fischer.

Rewanż 5 sierpnia.

Marcin Wandzel

  • Piciarm

    czesc
    dzieki za relacje….przyznam sie ze nie ogladalem meczu, o wyniku tylko cos slyszalem.
    bramka dla Lecha ,niezla -jesli chodzi o to , co widzialem na tym skrocie,za duzo bledow w obronie i
    nie wierze ze Lech w szwajcarii odrobi straty.

  • Paweł Król

    Oglądałem… Trudno się nie zgodzić z faktami.

    Najpierw zacznę nie do końca „na temat”. Widziałem trochę tej nieporadności Jagi w meczu w Nikozji. Omonia wielkiej piłki co prawda nie pokazała, ale też można było zaobserwować pewne różnice pomiędzy rywalizującymi drużynami. Gospodarze byli szybsi, silniejsi i chyba ciut lepiej wyszkoleni technicznie od białostoczan. Poza tym kadra, którą dysponował jeszcze do niedawna trener Probierz, okazała się niewystarczająca na tym poziomie. Rafał Grzyb nigdy nie był wybitnym kreatorem gry, a wspierający go drugi środkowy pomocnik Taras Romanczuk wykonał może jedno bardzo dobre podanie… Ale masz rację, od kogoś trzeba wymagać, a Dzalamidze na ogół piłka przy nodze kłopotu nie sprawiała. Zostawiam jednak Jagę w spokoju, bo nie o to chodzi, żeby tylko wytykać…

    Pierwsza połowa w wykonaniu Lecha była dość przyzwoita. Lechici potrafili odebrać rywalom piłkę i przejść do kontrataku. W kilku sytuacjach zabrakło może skuteczności pod bramką. Druga już jednak znacznie słabsza… Nic nie wniosło wprowadzanie do gry Marcina Robaka, a i pozostali ofensywni zawodnicy gaśli w oczach (o wiele gorzej zagrał po przerwie np. Hamalainen). Do tego o stracie drugiej bramki zadecydował spory indywidualny błąd Douglasa (zagranie po przekątnej nie wydawało się szybkie i trudne do przejęcia, w dodatku Szkot wcale nie był tak źle ustawiony w tej akcji – podobną bramkę, przypominam sobie, straciliśmy w przegranym meczu z Ukrainą 0:1 za kadencji selekcjonerskiej Waldemara Fornalika – wtedy błąd przytrafił się Grzegorzowi Wojtkowiakowi)…

    Drużyna Basel pozbawiła złudzeń już po pierwszym meczu. Szkoda, że… tak szybko taka weryfikacja nastąpiła. A najlepsze jest to, że niby nic takiego „wielkiego” nie zagrała – niedokładności, tak jak napisałeś, mnożyły się… Za najlepszego gracza uznaję – pomimo niewykorzystanej sytuacji w pierwszej części gry – Bjarnasona (nieźle też moim zdaniem wypadł oskrzydlający akcje Safari). Pozdrawiam.