Wędrówka bez ślimaka. Szlakiem Woli i Żoliborza

Miejska wycieczka, którą podzieliłem na dwa etapy.

Przynajmniej raz w roku nachodzi mnie ochota na wyjście na mecz. Na to, żeby zobaczyć grę z bliska i móc poczuć atmosferę nieprzefiltrowaną przez telewizję. Nie z samego szczytu rozgrywek, rzecz jasna. Gdzieś, że tak powiem, siedzi we mnie bakcyl do bardziej amatorskiej rywalizacji sportowej. Z całą pewnością dalekiej od wielkich pieniędzy i związanych z tym licznych obłożeń czy zobowiązań. Nie, nie jestem tym odbiorcą, to nie ten adres.

Punktem wyjścia w trzecią sobotę sierpnia był mecz ligi okręgowej Olimpia Warszawa – Mazur Radzymin (1:2). Ładna pogoda zachęcała do wyjścia z domu. Pora rozpoczęcia spotkania przedpołudniowa, godzina 11. Pasuje.

Był czas, żeby zobaczyć stadion przy ulicy Górczewskiej. Nie byłem w tym miejscu od lat. Niewiele się zmieniło. Są dwie trybuny, stoją naprzeciwko siebie. Po bokach znajdują się dawne niskie płoty rozciągnięte wzdłuż boiska.

Po tym chwilowym oglądzie znalazłem się w klubowym barze Kufelek. Na ławie, pod parasolem. Muszę przyznać, że bar zasługuje na maksymalną ilość gwiazdek w moim rankingu. Lane piwo całkiem dobre. Klimat jak z poprzedniej epoki. Za ladą, wewnątrz lokalu można zobaczyć pokaźnych rozmiarów proporczyk Olimpii. Ktoś inny powiesiłby może sobie plazmę. Taka pamiątka zawsze znajdzie u mnie aprobatę.

Mimo że obszedłem obiekt, byłem tu i tam, to samego meczu nie zobaczyłem. Objęty był bowiem pewnym dozorem czy warunkiem. Trzeba było wpisać się na listę uczestników. Mógłbym to zrobić, ale nie chciałem.

Wiedziałem już wcześniej, że w poszczególnych ligach „wirus” spowodował wprowadzenie obostrzeń. Nie spodziewałem się jednak tego, że dotrze nawet do okręgówki. Ten fakt nieco zakłócił przyjemne chwile tego dnia.

Olimpia Warszawa, co chciałbym podkreślić, ma obecnie wsparcie przede wszystkim ze strony oddanej grupy kibiców. Jak się dowiedziałem od jednego z nich, to właśnie sympatycy pomagają drużynie. Zapewniają stroje i niezbędny sprzęt. Możliwe, że pokrywają także koszty organizacji meczów (nie dopytywałem o szczegóły, dlatego nie chcę tutaj podawać niesprawdzonych informacji).

Największym sukcesem Dumy Woli pozostaje zajęcie drugiego miejsca w III lidze w sezonie 1996/1997. Niewiele wówczas zabrakło do awansu na zaplecze ówczesnej I ligi.

Kolejnym rozdziałem dnia kierowała odrobina ciekawości połączona ze wspomnieniami. Dokładnie mówiąc: zainteresowaniem było to, co pozostało po Żoliborskiej Lidze Szóstek Piłkarskich (ŻLSP) przy ul. Włościańskiej. Amatorskich rozgrywek, w których dawniej dane było mi brać udział (w latach 2006-2009). Już wtedy dochodziły mnie słuchy, że w miejscu boiska – otoczonego sporą ilością zieleni – ma stanąć biurowiec albo przynajmniej blok mieszkalny. 

Trzeba było zatem wkrótce się przenieść. Ludzie związani z ligą, całą jej organizacją, załatwili zastępcze: boczne Marymontu. W nowym miejscu rozgrywki nie przetrwały, bo to nie było to samo. Liczba chętnych do gry drużyn szybko spadła i można było je policzyć na palcach jednej ręki (kiedy w starym miejscu liga liczyła sobie nawet 20).

Nie było mnie przy Włościańskiej, na Górkach, gdzieś 11 lat. Nie zastałem w opisywaną sobotę w miejscu starego boiska żadnego, na szczęście, zabudowania terenu. Niegdysiejszy plac do gry to teraz kilka tabliczek wbitych w ziemię, polne kwiaty i zarośla. Z jednej strony są bujnie rozrośnięte drzewa, pod którymi człowiek się przebierał w strój sportowy i dyskutował z ludźmi o tym i o tamtym.

Inwestycja, budowa, jeśli faktycznie była rozważana, może została wstrzymana i nie doszła do skutku. Już nie wnikam. Faktem jest, że na tym terenie liga nie przetrwała. Miała długoletnią tradycję. Łączyła ludzi z różnych dzielnic Warszawy. Uganiali się oni za piłką w każdych warunkach, niezależnie od pogody. Im również dedykuję to wspomnienie.

Teraz mogę wreszcie podnieść się z ławki i iść domu. Ta część Żoliborza to niewątpliwie ładne, urocze miejsce. A Muniek Staszczyk w swojej piosence nie miał racji w tym akurat kontekście.

Paweł Król