Wędrówka bez ślimaka. Widzew Łódź – Raków Częstochowa 0:1

Heroiczna walka dziesięciu łodzian z nacierającą jedenastką mistrza Polski…

Pogoda w sobotni wieczór dopisywała. Jak zwykle, Aleją Piłsudskiego – łączącą wschód (Widzew) z zachodem (Retkinia) Łodzi – ciągnął sznur ubranych na czerwono kibiców Widzewa. Mieli oni uzasadnione nadzieje, że ich ulubieńcy w meczu z cieniującym mistrzem kraju, który nie zaznał smaku ligowego zwycięstwa od pięciu kolejek, wydłużą serię meczów bez porażki do siedmiu.

Przed stadionem gospodarzy ustawiono strefę kibica, gdzie można było coś zjeść, wypić napój alkoholowy i bezalkoholowy oraz postrzelać karne w specjalnej bramce stacji Canal+. Nastrój święta był niczym niezmącony, bowiem brakowało kibiców z Częstochowy. Na stadion pofatygowali się sami swoi, czyli fani Widzewa, których w Sercu Łodzi było łącznie 17 553.

Czerwony Hanousek
Od początku przycisnęli grający wysokim pressingiem mistrzowie Polski. Na skrzydłach biegali czarnoskórzy Kenijczyk Erick Otieno i wszędobylski John Yeboah, mający paszporty ekwadorski, niemiecki i ghański. Otieno niespecjalnie wdawał się w pojedynki z grającym na jego stronie Portugalczykiem Luísem Silvą, z kolei Yeboah w niczym nie przypominał dynamicznego, robiącego różnicę gracza z czasów Śląska Wrocław. Z perspektywy trybun było widać, że kilkukrotnie dokonał rzadkiej sztuki okiwania samego siebie.

Raków miał przewagę, grał – jak wspomniałem – wysokim pressingiem, i to się opłaciło. W 15. minucie Szwed Gustav Berggren przycisnął Czecha Marka Hanouska tak mocno, że ten ratował się faulem. Na stadionie nie było widać tego, co dokładnie się stało, niemniej widok biegnącego do monitora VAR sędziego Pawła Raczkowskiego nie wróżył niczego dobrego. Po krótkiej analizie warszawski arbiter wyciągnął czerwoną kartkę i pokazał ją Hanouskowi. Że też padło na Czecha, który nie jest żadnym boiskowym brutalem, ale jednym z bardziej elegancko grających łodzian… Telewizyjne powtórki nie pozostawiły wątpliwości – faul był ewidentny. Twardy Szwed został na boisku, ale pomeczowa diagnoza oznacza dla niego miesiąc przerwy, czyli de facto koniec sezonu. Kibice Widzewa podziękowali Czechowi, gromko skandując jego nazwisko.

Od tej pory mecz wyglądał tak przewidywalnie, jak film ze Stevenem Seagalem. Dziesięciu łodzian zostało zepchniętych do kurczowej defensywy przez nacierających jedenastu piłkarzy mistrza Polski. Bez Hanouska Widzew oddał bez walki środek pola, skupiając się głównie na defensywie. Raków próbował atakować skrzydłami, środkiem, strzelać z daleka, wrzucać na głowę do rosłego Chorwata Ante Crnaca – wszystko bez powodzenia. Nie było chyba piłkarza w zespole z Częstochowy, który nie strzelałby na bramkę Rafała Gikiewicza. „Giki” popisał się kilkoma świetnymi interwencjami, gdy bronił strzały Yeobaha, Crnaca czy bombę Brazylijczyka Jeana Carlosa. Raz widzewski bramkarz wyszedł przed pole karne, co zakończyło się zagraniem pod nogi Władysława Koczerhina. Będący w przeciętnej formie Ukrainiec przelobował Gikiewicza razem z bramką. Gdy już piłka wpadła do niej, okazało się, że asystujący Yeboahowi Crnac faulował, i gol nie został uznany…

Kto będzie Szarpakiem?
Starsi kibice Widzewa zaczęli wspominać mecz (także 30. kolejki) sezonu 1997/98, gdy łodzianie u siebie podejmowali Legię i od 30. minuty grali w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Arkadiusza Onyszki. Wygrali 1:0, bowiem fenomenalną akcję przeprowadzili Andrzej Kobylański z Piotrem Szarpakiem, który kapitalnym strzałem pokonał Zbigniewa Robakiewicza.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie, człowiek miał wrażenie, że mistrz Polski przycisnął jeszcze mocniej. Fatalnie nastawiony celownik mieli Koczerhin, Berggren, Yeboah, a gdy już Crnac trafił w bramkę, świetnie obronił Gikiewicz. Heroizm łodzian był godny podziwu. W polu karnym obrońcy jeździli na tyłkach – rywali ofiarnie blokowali Hiszpan Juan Ibiza i Serafin Szota, w powietrzu jak lew walczył Mateusz Żyro. Widzewscy obrońcy mobilizowali się nawzajem, przybijając po każdej udanej interwencji niezliczoną ilość piątek. Nakręcali się nawzajem, powodując irytację gości.

Szarpakiem mógł zostać Hiszpan Jordi Sánchez, który w 66. minucie urwał się obrońcom gości, ale jego strzał wybił wracający do bramki częstochowian Bośniak Vladan Kovačević. A potem Raków panował niepodzielnie – jakby pewien tego, że gola jednak strzeli. I strzelił. Łodzianie – a konkretnie Szota – zbyt krótko wybili piłkę z pola karnego (czynili to zresztą w tym meczu wielokrotnie, jakby czując, że częstochowianie z takiego prezentu nie skorzystają). Koczerhin huknął z dystansu, nie zdążył go zablokować jadący na tyłku Dominik Kun i Gikiewicz musiał wyjmować piłkę z siatki. Była to 81. minuta meczu.

Kovačević z kartką
Emocje były jednak do końca spotkania. Łukasz Zwoliński miał na nodze piłkę na 0:2, ale trafił w nos skracającego kąt Gikiewicza. Po chwili gol padł (strzelił Bartosz Nowak), ale podający mu Zwoliński był na spalonym. Łodzianie szukali tej jednej szaleńczej akcji, która mogła dać im remis. Było blisko – Kovačević musiał się napocić, by wybić piłkę po strzale rezerwowego Francuza, Noaha Diliberto. W doliczonym czasie gry Kovačević dostał żółtą kartkę za przedłużanie wybicia piłki, co też świadczy o tym, w jakim strachu byli mistrzowie Polski.

Po meczu fani Widzewa długo nie wychodzili ze stadionu, dziękując swoim piłkarzom. Łodzianie włożyli w mecz mnóstwo wysiłku, grali prawie 80 minut w osłabieniu i ponieśli minimalną porażkę, o którą nikt nie ma do nich pretensji. A Raków szczęśliwie nie wypadł z grona ślimaków ścigających się o mistrzowski tytuł i grę w europejskich pucharach.

Grzegorz Ziarkowski

PS. Za wyprawę dziękuję Mariuszowi, Adamowi, Krzyśkowi, Kamilowi i Mateuszowi.