Wędrówki Ślimaka. Madryt

W lutym ub. roku załoga w składzie – Rafał Finiu, Krzysiu Gruby, Piotrek Picia i moja skromna osoba, wsiadła na pokład samolotu rejsowego relacji Modlin – Madryt.

Lot przeleciał w wesołej atmosferze; siedziała z nami pani boss od stewardów (takie czasy) i stewardess, której praca polega na lataniu…
Po ponad dwugodzinnym locie wylądowaliśmy w stolicy Hiszpanii. Była północ w piątek, zamierzaliśmy zostać do poniedziałku.

Było kozacko, śmiechowo, czyli jak mawia klasyk – rewelacyjnie! Ale po kolei…

Po wyjściu z lotniska wsiedliśmy w TAXI i wio pod hostel, w którym zakwaterowała nas moja lepsza połowa (szukała czegoś niedrogiego, blisko estadio Realu). Kierowca w wieku seniorskim, uśmiech na facjacie, wąs i ani słowa po angielsku. Pędził ulicami, jakby brał udział w jakimś Paryż – Dakar via Madrid; slalomy między zaparkowanymi furami, chodniki, zatoczki, tory tramwajowe. Widać było, że czuł się pewnie, a TAXI to auta niemal uprzywilejowane; bus pasy, wjazdy w uliczki z zakazem wjazdu itp. Było wesoło, choć nie ukrywam, że dość niebezpiecznie.
– Dziadek, nie pędź tak, bo nas pozabijasz zanim zwiedzimy Twoje piękne miasto!
– Si si! – z facjaty nie schodził uśmiech.
Zapunktował, gdy zapytałem o sympatię klubową – kibic Atletico.

Gdy dojechaliśmy na miejsce (dziadek podrzucił nas pod sam hostel, wjechał w uliczkę tak wąską, że lusterkami niemal tarł o ściany budynków), stwierdziliśmy, że chyba trafiliśmy do dzielnicy zamieszkałej raczej nie przez rdzennych Hiszpanów…
Sam hostel całkiem przyzwoity, choć cena nie pozwalała na luksusy. Ale to dobrze! Najważniejszy jest klimat.
Mieliśmy dwa pokoje dwuosobowe. Gruby z Picią mieli wypasiony, nam się trafił biedny. Nie szkodzi.

W TV od razu po odpaleniu leciało to:

Pilota nikt nie ukradnie:

Widok z okna mieliśmy taki:

Nasi przyjaciele taki:

A korytarze tam takie:

Wyszliśmy na rekonesans. Po kilku minutach spaceru, stwierdziliśmy, że chyba jesteśmy jedynymi białymi w dzielnicy. W knajpach czarni, na ulicach mieszanka arabsko – murzyńska, w sklepikach Chińczycy. Cały świat w jednym miejscu, też fajnie.
Po zjedzeniu kolacji, postanowiliśmy wycieczkę zakropić na dobry początek. Weszliśmy do knajpy, która była tuż pod pokojem Pici i naszego Grubaska.

Na ścianach i suficie flagi Dominikany, Kuby i Panamy. Z głośników bardzo głośna muza, w środku sami czarni, i niezbyt przyjemny zapach. Finiu od razu chciał wyjść ze względu na „śmierdzi tu gównami”, ale P wziął cztery butelki i chcąc nie chcąc usiedliśmy, by skonsumować napoje. Gdy zacząłem cykać foty (żadna fotografia nie wyszła, jakieś fluidy?), czarni zaczęli się burzyć, że nie można robić zdjęć ludziom, no przecież! Gdybyśmy zaraz się nie zwinęli, to mogło to się skończyć w najlepszym wypadku wizytą na chirurgii szczękowej.

Trafiliśmy ok. drugiej w nocy do innej knajpy. Okazało się, że były tam urodziny jakiejś młodej Hiszpanki. Wyżłopaliśmy po sztuce piwa, obejrzeliśmy napisy końcowe:

…i grzecznie spać do naszego nowego domu. Po drodze jeszcze wizyta w sklepie, gdzie Chińczyk za ladą chciał mnie oskubać na kilka euraków, ale się nie dałem.

Kantor naprzeciwko hostelu wymieniał jedynie takie waluty:

A zabezpieczony rower zostawiony przed sklepem spotkało to:

Ale i tak było uroczo!
W sobotę rano poszliśmy pod estadio, by zakupić bilety na niedzielne meczycho. Po drodze było tak (podobało nam się rozwiązanie przy placach zabaw – z jednej strony miejsce dla dzieciaków, obok kawiarenka ze stolikami na zewnątrz):

Pod stadionem sporo ludzi, wycieczek, zorganizowanych i niezorganizowanych grup. Kolejki w sklepie, kolejki do zwiedzania obiektu. Widać było, że to wielki klub. Czyli nie do końca dla mnie…
W niedzielę był także rozgrywany mecz Rayo – Atletico, ale obiecaliśmy Pici że pójdziemy na Real, wszak ta wyprawa, to jego pomysł i zasługa (a on od dziecka lubi Królewskich, więc niech ma).
Po zakupieniu biletów (wzięliśmy najtańsze, po 35 euro za sztukę; na derby RV-Atleti były po 50)…

…postanowiliśmy pozwiedzać city. Zakupiliśmy bilety na metro i fru, pod ziemię. Metro doskonale zorganizowane, można było się dostać w każde miejsce stolicy, niekiedy z przesiadką, ale wszystko było przejrzyste i jasne dla turystów.
Można było nie wyjeżdżając z Madrytu zwiedzić takie miejsca jak np. Bilbao czy Buenos Aires:

Finiu wymyślił wycieczkę, że tam park, ładne budynki, że jakiś pałac królewski itd. No i się nie pomylił, zacnie było. Pooglądamy teraz trochę:

Ku naszemu niezadowoleniu, a szczególnie pana G, stwierdziliśmy, że czegoś w Madrycie brakuje. Toalety publiczne, szalety miejskie, ogólnodostępne WC – czegoś takiego tam nie ma! A przecież kawusia, browarek, woda, soczek; wszystko to mieliśmy. I co począć?! Najczęściej więc wbijaliśmy do restauranti, a tam kelnerzy od razu stołeczek, menu, por favor. Plusem tego wszystkiego było, że tam jest taki zwyczaj – jak zamawiasz pianę, to od razu dostajesz do niej orzeszki, chipsy i paluszki, a płacisz tylko za piwo. Miło.

Jako że było nam mało zwiedzania, postanowiliśmy pojechać na Atleti, na obrzeża miasta.
Wanda Metropolitano:

Sklepik:

W oddali widać góry:

Tabliczka legendy, Adelardo Rodrígueza, który rozegrał najwięcej meczów dla klubu w historii:

I stacja metra pod estadio Atletico:

Po wszystkim poszedłem grzecznie do hostelu, a moi towarzysze wyprawy poszli w miasto. Były jakieś procenty wlewane, kurczaczki o północy z frytami pichcone przez zaprzyjaźnionego z Picią kibica Atletico. Nie znam szczegółów, odpuściłem, bo w niedzielę mecz!
Rano, jedni wyspani, inni niewyspani, ruszyliśmy na mecz (dzięki mojej żonie, na stadion mieliśmy kwadrans z buta).

Pod Estadio Santiago Bernabeu tłumy, policja zmobilizowana i agresywna, jak u nas w latach 90-tych. Nawet na derbach Belgradu panowie w mundurach byli normalniejsi, choć bardziej stresująca robota niż ta w Madrycie. Zastanawiałem się, czego oni się obawiali – kibiców Girony? No raczej nie:

Może się obawiali, że im Atleti wjedzie pod Estadio? Chyba też nie. Oni tak po prostu mają. Nie mój problem, pewnie już tam nigdy na mecz nie pojadę, nie ciągnie mnie…
Wchodziliśmy na sektor wymieszani z kibicami Girony, jak widać na fotach, okazało się bowiem, że sektor gości mają obok nas. Swoją drogą, niezbyt gościnni ci Blancos; sadzać gości na najwyższym piętrze, w rogu, gdzie jest nie najlepsza widoczność. Po pieskach, to drugi minus. Trzeci, to doping. Niby młyn za bramką Realu liczył parę tys. chłopa, ale głośniejsza była Polonia Warszawa na Kamiennej z czasów gry w Ekstraklasie… Do czego by się tu jeszcze przyczepić? Może do tego, że nie wolno wieszać flag. Żadnych, jednak byliśmy chuliganami-rebeliantami i parę minut nasza flaga wisiała (pod nami młoda Bożena Dykiel):

Na plus natomiast sam stadion, frekwencja (prawie 70 tys.) i wynik meczu (Girona wygrała 2:1). Na murawie też było całkiem przyzwoicie; były gole, był karny, była czerwona kartka (oczywiście Sergio Ramos). Jakoś tam, po swojemu się też cieszę, że widziałem na żywo takich gości jak wspomniany Ramos, Marcelo, Kroos czy Gareth Bale. Ale bez przesady, to już nie te czasy.
Na uwagę zasługuje też nasz niewyspany przyjaciel Finiu, który wielkim fanem futbolu nie jest, i w 15. min meczu zapytał – długo jeszcze?

Po wszystkim, z panem P postanowiliśmy odwiedzić rejony Rayo Vallecano de Madrid. I to był strzał w dychę! Ale umówmy się, cała ta podróż i każdy pomysł, to strzał w dychę. Dopisała ekipa i dopisała pogoda, czego chcieć więcej..? Przeszliśmy się kawałek…

Wsiedliśmy do metra tu:

A wysiedliśmy tu (fotę pożyczyłem z sieci):

Nigdy nie byłem lewicowy (gdy jeszcze interesowałem się polityką), ale mają w sobie coś te lewackie kluby – rzeczone Rayo, St. Pauli, Celtic, OM. Mają niepowtarzalny klimat, kolorowe trybuny i inne okołofutbolowe tematy. Nie popieram, ale i kamieniem nie rzucę. Niech sobie będą.
W dzielnicy od razu czuć, że to nie jest exclusiv. Pod stadionem wyro jakiegoś bezdomnego, odrapany sklepik klubowy, na nieodnowionych od stu lat ścianach – klubowe i kibolskie grafy, ściana z wlepami i wiele innych klimatycznych zakątków wokół obiektu.
Na stadion nie ma szans, by wejść. Ale dla chcącego nic trudnego. Wdrapałem się na metalowy płot za jedną z bramek i ryzykując życiem cyknąłem kilka fot.
Oglądamy:

Trzy stadiony Madrytu zaliczone, ale było nam jeszcze mało zwiedzania. Była niedziela, zbliżał się wieczór. Zajrzałem w internety i zaproponowałem ekipie przejażdżkę. Nie mówiłem im, że jedziemy na dworzec kolejowy, bo zapewne by mnie wyśmiali. A tam czekała niespodzianka przecież. No i chyba się podobało, bo pretensji nkt nie miał. Otóż poczekalnia na madryckim dworcu wygląda tak:

Miały być zwierzęta, ale chyba się pochowały…

Później jeszcze ruszyliśmy na Rynek, gdzie trafiliśmy na takie coś:

Potem kolacja, po kolacji winko z Finiem (mimo że niewyspany – szacun!), i to co nam się tak podobało w Espanii – kanapki wjeżdżały za każdym razem, gdy czyściliśmy talerze. Po wszystkim do hostelu lulu, bo na następny dzień powrót…

Rano wsiedliśmy w metro (zostały nam jeszcze przejazdy do wykorzystania na karcie!) i ruszyliśmy na lotnisko. Od wejścia na terminal, do miejsca, gdzie czekaliśmy na nasz samolot, był co najmniej kilometr. Nie wiem czy to największy port lotniczy w Europie, ale jak nie ten, to który?

***

Podziękowania i pozdrowienia – Marta, Piotrek Szczapa, Krzysiu, Rafał, Marcin Wandzel.

Dariusz Kimla