Retro. Bramkarz z Tarnobrzega zaczarował Old Trafford

Jeśli było się w okopach pod Monte Cassino, to „Diabły” niestraszne!

Nie zdążyliśmy ze startem naszego projektu na czwartą rundę Pucharu Anglii, z którą związek będzie mieć ta opowieść. Nic to – zaległości nadrabiamy teraz. FA Cup to turniej tysiąca drużyn, a niespodzianką jest w nim brak niespodzianek. Poczytajcie o niezwykłej historii sprzed sześdziesięciu lat i to w dodatku z polskim akcentem.

Walthamstow – taka sobie dzielnica we wschodnim Londynie. W kulturze popularnej obecna dzięki boysbandowi East17 (potem zmienił nazwę na E17 by łatwiej zapamiętać).

Kaczki zgubiły drogę

Tamtejszy amatorski klub Walthamstow Avenue powstał w roku 1900, a jego historia skończyła się jakieś dwie dekady temu, gdy wziął udział w fuzji, która wykreowała czwartoligowy obecnie zespół Dagenham & Redbridge.

W styczniu 1953 roku amatorscy piłkarze byli na dobrej drodze do drugiego kolejnego triumfu w Isthmnian League (siódmy poziom ligowy), ale to ich pucharowa przygoda pozwoliła im zyskać wieczną sławę.

Jako zwycięzcy Pucharu Anglii Amatorów, gracze Avenue znaleźli się z automatu w pierwszej rundzie właściwego FA Cup. W niej pokonali pozostający wówczas poza ligą zawodową Wimbledon, by następnie pozostawić w pobitym polu kluby ligowe – Watford i Stockport County. Gdy to stało się faktem, nagłówki ogólnokrajowych gazet krzyczały o pierwszym przypadku, gdy amatorzy doszli aż do czwartej rundy krajowego pucharu od czasów Corinthians, którzy uczynili to 24 lata wcześniej.

stann1

Powyższe zdjęcie pochodzi z meczu z Watford i jest reprodukcją z magazynu „Life”. Mecz zapisał się w historii tym, że był rozgrywany w niesamowitej mgle. Bramkarz (o którym więcej za chwilę) obronił wiele strzałów w tak trudnych warunkach, że ruch w Londynie się zatrzymał, miejskich latarni nie było widać z odległości 35 metrów, a kaczki z Green Parku zgubiły drogę do domu.

Dawid z Goliatem

A w rzeczonej czwartej rundzie, ślepy los dał amatorom rywala z marzeń i snów – Manchester United pod wodzą legendarnego Matta Busby.

Gazety prześcigały się w opisywaniu historii życia graczy Walthamstow przed meczem z „Czerwonymi Diabłami”. Taka okazja to dla mediów gratka. Nie co dzień zdarza się starcie Dawida z Goliatem.

Wszechstronny Trevor Bailey był reprezentantem Anglii w krykieta, obrońca Dough Young zarabiał na życie sprzedając owoce na Covent Garden, a amatorski reprezentant Anglii Jim Lewis handlował termosami.

I teraz dochodzimy do wyczekiwanego przez wszystkich czytelników wątku polskiego. W bramce (a we wcześniejszej rundzie we mgle) tej ekipy stał Polak, Stanisław Geruli (jak podaje niezastąpiony Andrzej Gowarzewski, Anglicy błędnie nazywali bramkarza: Gerula).

Gdy w barwach Walthamstow Avenue, Geruli w 1952 doszedł do finału amatorskiego Pucharu Anglii, zwyciężając 2:1 po dogrywce drużynę Leyton, był to pierwszy występ polskiego piłkarza na Wembley i do gry Dariusza Wdowczyka w 1995 roku jedyny (nie licząc meczów reprezentacji).

Geruli miał wówczas 38 lat, ale program meczowy z amatorskiego finału dawał mu 10 lat mniej. Nikt nie mógł uwierzyć, że tak wiekowy piłkarz utrzymuje się w tak fantastycznej formie!

stann2

Na froncie

Geruli był wychowankiem Sokoła Tarnobrzeg. Potem były Wisła Kraków (1934-36) i Junak Drohobycz (1937-39).

Niemal wszyscy zawodnicy Junaka, wraz z prezesem pułkownikiem Mieczysławem Młotkiem, po wybuchu wojny walczyli w szeregach Wojsk Polskich na Zachodzie. Stanisław Geruli początkowo pełnił funkcję „białego kuriera” (zadaniem „białych kurierów” było bezpieczne przeprowadzanie poszukiwanych przez Niemców ludzi na Węgry), następnie on i koledzy skorzystali z wypracowanych kontaktów – przez Węgry i Jugosławię udali się do Syrii, gdzie wstąpili do formującej się Brygady Strzelców Karpackich. Wraz z Armią Polską przeszli cały szlak bojowy – Palestynę, Egipt, Iran, Irak, Egipt, Włochy…

O tej wędrówce chętnie bym poczytał, bo przecież to gotowy scenariusz na filmowy hit, jednak na razie skupiamy się na angielsko-piłkarskim epizodzie Gerulego.

Ci piłkarze Junaka, którzy przeżyli, po wojnie zakotwiczyli w Anglii, gdzie doprowadzili do powstania żołnierskiej drużyny piłkarskiej zwanej „Karpatczycy” lub „Carpatians”. Stanisław Geruli strzegł bramki tego zespołu w latach 1946-47.

W roku 1963 raz jedyny odwiedził Polskę ze swymi wychowankami, rozgrywając mecze w Tarnobrzegu, przeciw Wiśle w Krakowie i w Chorzowie z Ruchem, który był jego największa miłością.

Geruli spoczywa na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie – zdjęcie nagrobka pochodzi ze strony historiawisly.pl/wiki.

stann3

W jaskini lwa

Pucharowy mecz Dawida z Goliatem na Old Trafford zakończył się remisem 1:1. United prowadzili do przerwy, ale amatorzy nie pozostawali daleko w tyle. Wreszcie tuż pod koniec spotkania, po rzucie wolnym, Lewis wyrównał. Po meczu Geruli został zniesiony na rękach przez swych kolegów z boiska w dowód uznania.

Po latach Lewis miał rzec: „Przed meczem nikt nie dawał nam szans, więc potraktowaliśmy wypad na Old Trafford jako okazję do wyrwania się z domu, do dobrej zabawy. Pamiętam, że w przerwie rozmawialiśmy o tym, że dobrze nam idzie i możemy pokusić się o niespodziankę. Mogła być ona jeszcze większa, gdyż Trevor Bailey był bliski zdobycia bramki w ostatnich sekundach spotkania. Bramkarz United Rady Wood przeniósł piłkę końcami palców nad poprzeczkę”.

W meczowym raporcie „Guardian” pisał patetycznie: „Nigdy przedtem nie widzieliśmy tak wielkiej determinacji na arenie sportowej, jak w sobotę na Old Trafford. Avenue wznieśli się na wyżyny swych możliwości, jak skrzaty przemienione w gigantów”.

Ten „cud” na Old Trafford z udziałem polskiego bramkarza, był wyraźną zapowiedzią późniejszego „cudu” na Wembley w roku 1973.

Wygląda na to, że nasz bohater „Stan” (jak wołali na niego Anglicy), był od cudów specjalistą. Otóż w latach 70. Geruli był zagranicznym korespondentem „Piłki Nożnej”. To jemu zawdzięczamy m.in. niecodzienną charakterystykę Anglików przed słynnym spotkaniem na Wembley. „Gdy angielska publiczność będzie krzyczeć, a nawet obrzucać polskich piłkarzy inwektywami, niech traktują to jako objaw respektu. Bo rzeczywiście bodaj nikogo nie obawiano się tak w Anglii w ostatnim dziesięcioleciu” – pisał przed meczem.

Powtórka

Obiekt Walthamstow mógł być areną powtórzonego spotkania pucharowego z Man United – rozegrano tu spotkanie w ramach Igrzysk Olimpijskich roku 1948, w którym Turcja pokonała Chiny 4:0, a mecz poprzedniej rundy pucharu ze Stockport przyciągnął aż 16 tysięcy widzów. Zdecydowano jednak inaczej. Spotkanie rozegrano na Highbury, a dzieci z dzielnicy Walthamstow dostały pół dnia wolnego ze szkoły, by móc obserwować swych ulubieńców w akcji.

stann4

Jednak już po pierwszej połowie było po herbacie. Goście prowadzili zdecydowanie 4:1. W drugiej połowie Lewis zmniejszył prowadzenie „Diabłów”, by później trafić w poprzeczkę bramki gości z dwóch ledwie metrów. United jednak pozbierali się i odnieśli zdecydowane zwycięstwo 5:2. Spotkanie oglądało 49 tysięcy kibiców.

stann5

Co było dalej?

Trzy gole uzyskane w dwóch meczach zwróciły uwagę managera Chelsea, Teda Drake’a na Lewisa. Na początek trenował z rezerwami, by zaraz potem awansować do pierwszej drużyny. Cały czas utrzymywał swój amatorski status – czyżby handel termosami był tak ponętnym zajęciem? W dziewięćdziesięciu meczach ligowych, nasz bohater uzyskał 38 goli i złoty medal w sezonie 1954/55. Wkrótce później podobną drogę na Stamford Bridge przebył inny piłkarz Avenue, Derek Saunders, który zagrał dla Chelsea ponad dwieście razy i był jej kapitanem.

Upadek Walthamstow był powolny i bolesny. Klub stał się częścią fuzyjnego tworu Leytonstone/Ilford po zakończeniu sezonu 1987/88. Ich ostatni mecz to przegrana 1:3 z Boreham Wood w ramach rozgrywek Isthmian League Division One.

Stadion przy Green Pond Road został przejęty przez developerów w 1989. Sława Walthamstow Avenue sięgnęła aż do Italii, gdzie jeden z entuzjastów stworzył zabawkową wersję drużyny z sezonu 1952/53 w strojach w charakterystyczne jasno i ciemnoniebieskie pasy.

stann6

 

Maciej Słomiński

  • Paweł Król

    Esencja piłki nożnej. Może być dla każdego. Niezwykła historia. Kojarzę tylko te fuzyjne nazwy.
    I jeszcze ten polski bramkarz, Lewis, Saunders…

  • maćko
  • Paweł Król

    To tylko zbieżność, jednak dziękuję za troskę. 🙂 Przewinęło się kilku, kilkunastu piłkarzy o tym nazwisku. Z imienia i nazwiska najbardziej znanym jest były piłkarz Śląska i reprezentacji Paweł Aleksander Król.
    Swoją drogą, liczę na ukazanie się książki Grzegorza Króla. Słyszałeś o tym projekcie? Najbardziej jednak czekam na książkę o „Sypku”. Szkoda mi go. Tak po ludzku.

  • Dariusz Kimla

    Podobno już nie wlewa…

  • Paweł Król

    Słusznie. Niech mu abstynencja lekką będzie.