Seans filmowy (104). Ja, bramkarz

Kurde, miałem w głowie jakiś fajny wstęp do recenzji tego dokumentu, ale mi wyleciał.

Maciej Szczęsny to jeden z największych oryginałów w historii polskiej piłki. Fan
jazzu, fotograf, chłop chodzący swoimi ścieżkami. Indywidualista, trochę kabotyn. Człowiek lepiej posługujący się językiem polskim niż niejeden gruntownie wykształcony intelektualista. Na tyle dobrze, że chętnie bym go słuchał nawet wtedy, gdyby zaczął opowiadać przez godzinę o tym, jak malował pokój albo lepił pierogi.

Siedzi w Bieszczadach (bo kocha to miejsce) i gada dla Canal+ Sport o swoim życiu. No i ma o czym. Pięć mistrzostw polskich z czterema różnymi klubami; starcie z obecnym selekcjonerem reprezentacji Włoch (którego nazwiska pan Maciej nie pamięta, więc ja – żeby zbić wirtualną piątkę – też nie); niełatwe relacje z selekcjonerami; tragiczna śmierć córki; wspomniana fotografia; miłość przez duże M na stare (sorry) lata…

Jest o czym opowiadać. A gdy opowiada ktoś ponadprzeciętne inteligentny, mający dobrą nawijkę, to film sam się kręci (tak, wiem, że nie jest to takie proste). Żadnych efektów specjalnych nie trzeba. Gadka, trochę gadających głów, które znają głównego bohatera, parę archiwaliów (świetne są zwłaszcza te z Wojtkiem i Jankiem, synami Szczęsnego). Styka.

Widać, że „Ja, bramkarz” (scenariusz i realizacja: Rafał Nahorny i Marcin Rosłoń) powstał na warunkach Szczęsnego. Świadczyć może o tym chociażby fakt, że nie ma w filmie bodaj jednego zdania na temat obecnej relacji ojca z synem grającym obecnie w Juventusie. A przecież stary powiedział parę lat temu, że o tym, iż Wojtek jest w Polsce, dowiedział się ze zdjęcia na Instagramie (czy jakoś tak).

Jego prawo, ale idylliczne obrazki z dzieciństwa i brak nawiązania do obecnego konfliktu między słynnym tatą i słynniejszą latoroślą dają fałszywy obraz sytuacji. A to przecież dokument.

Obaj raczej nie mają kłopotów z samooceną. Maciej Szczęsny opowiada, że jego pozyskaniem zainteresowany był Manchester United, tyle że w wyniku gierek Legii dowiedział się o tym za późno. A gdy poznał prawdę, to angielski klub zdecydował się na Petera Schmeichela. Polski bramkarz uważa, że skoro mający wtedy nadwagę Duńczyk poradził sobie na Old Trafford, to i on nie byłby bez szans. Rozdmuchane ego czy realna ocena? Nie wiem. Ja Szczęsnego jako wybitnego bramkarza nie zapamiętałem. No ale dawno to było, a pamięć płata figle.

Wychowanek Gwardii tylko siedem razy zagrał w reprezentacji, raz w meczu o punkty. I zastanawia się, dlaczego tak się stało. Henryk Apostel wolał Kazimierza Sidorczuka, bo Szczęsny szpanował przyjmowaniem piłki na klatę; Antoni Piechniczek posadził pana Macieja, człowieka Franciszka Smudy, na ławie, bo był skonfliktowany z Franzem; Andrzej Strejlau też miał coś przeciwko…

Myślę, że Szczęsny dobrze wie, czemu grał tak mało: po prostu selekcjonerzy go nie lubili. Pewne czasem używali idiotycznych argumentów, żeby umotywować swe decyzje. Może lepiej byłoby, gdyby bramkarz usłyszał: „Nie grasz, bo mnie wkurwiasz”.

Faktycznie, były golkiper Widzewa może wkurwiać. Nie zmienia to faktu, że oglądanie filmu o nim było czystą przyjemnością. Lepiej ze Szczęsnym zgubić, niż z – na przykład – Szamotulskim znaleźć.

Marcin Wandzel

PS Już wiem: we wstępie miałem wspomnieć o „Przypadku”, scenariuszu Krzysztofa Kieślowskiego. Główny bohater, piątkowy uczeń, wspominał, że jego prymusostwo wywoływało niezbyt dobrze skrywaną niechęć u jego ojca. I ten fragment przyszedł mi do głowy, gdy oglądałem film o Szczęsnym. Ma to sens czy nie? Nieistotne. Gdy oglądając film o kimś, kto zarabiał kopaniem albo łapaniem piłki, przychodzi do głowy Kieślowski, to chyba nie tak źle.